Profesor Marek Miszczyński (1948-2009)

28-10-2014

W roku 1966 ukończył XV Liceum Ogólnokształcące im. J. Kasprowicza w Łodzi. Studia podjął na nowo uruchomionym kierunku ekonometria na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym Uniwersytetu Łódzkiego. Pracę magisterską nt. Alokacja taboru autobusowego za pomocą modeli masowej obsługi obronił w 1971 r.

W roku 1980 został doktorem nauk ekonomicznych na podstawie pracy Zastosowanie metod optymalizacyjnych do planowania procesu rozkroju, której promotorem był prof. dr hab. Janusz Buga z SGPiS. Habilitację uzyskał w 2002 r. na podstawie rozprawy Ograniczenia energetyczne a rozwój gospodarczy. Modelowanie i optymalizacja.

Dydaktyk i naukowiec

Przez całe życie zawodowe pracował na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym UŁ; początkowo w Katedrze Ekonometrii (1971 - 1990), następnie w Zakładzie (potem katedrze) Badań Operacyjnych. Od roku 2006 jako profesor nadzwyczajny. Od 1996 r. pracował również w Wyższej Szkole Humanistyczno-Ekonomicznej w Skierniewicach (od roku 2002 na stanowisku profesora).

Prowadził wykłady, ćwiczenia, konwersatoria i seminaria, m.in., z badań operacyjnych, ekonometrii, statystyki. Był autorem programów studiów z badań operacyjnych, autorem i współautorem wielu podręczników i skryptów. Szczególną popularność zyskały jego podręczniki: Wybrane metody badań operacyjnych oraz Programowanie liniowe: elementy teorii i zadania. Wypromował ponad stu magistrantów i licencjatów.

Zajmował się zastosowaniami metod statystyczno-matematycznych w ekonomii i zarządzaniu w skali makro, mezo i mikro, głównie zastosowaniami badań operacyjnych, m.in. w optymalizacji rozwoju gospodarczego i symulacji procesów produkcyjnych w przemyśle lekkim (harmonogramowanie zadań produkcyjnych, optymalizowanie rozkroju), w zagadnieniach ubezpieczeń komunikacyjnych oraz w problematyce oceny efektywności otwartych funduszy emerytalnych.

Najważniejszym dziełem Profesora jest książka habilitacyjna poświęcona ograniczeniom energetycznym rozwoju gospodarczego Polski. Problem ten był badany za pomocą zintegrowanego, dynamicznego modelu przepływów międzygałęziowych z wielokryteriową optymalizacją wzrostu gospodarczego. Przyjęto, że kryteriami oceny scenariuszy powinny być: maksymalizacja dochodu narodowego, minimalizacja energochłonności produktu globalnego, a ponadto kryterium maksymalizacji konsumpcji. Zaproponował On oryginalną dynamizację modelu input-output opartą na przyrostowych funkcjach produkcji. Umożliwiło to analizę działowych mechanizmów reprodukcji. Na podstawie modelu generowane były optymalne scenariusze rozwoju gospodarczego w perspektywie trzydziestu lat. W pracy zaprezentowano analizy wpływu zmian w strukturze cen nośników energii oraz wpływu zmian w strukturze wykorzystania nośników energii na rozwój gospodarczy Polski. Szczególnie interesujące w tej pracy są propozycje zastosowania zbudowanych modeli do oceny programów rozwoju gospodarczego.

Napisał około sześćdziesięciu prac, trzydzieści z nich to oryginalne publikacje. Zdecydowaną większość stanowią wydawnictwa współautorskie, głównie z żoną Dorotą Miszczyńską oraz z Janem B. Gajdą.

Odbył staże naukowe na niemieckim Uniwersytecie Justusa Liebiga w Giessen (1980, 1992). W Katedrze Badań Operacyjnych UŁ był redaktorem cyklu wydawniczego Metody badań operacyjnych oraz podręczników o tej tematyce.

Współpracował z praktyką gospodarczą przy wdrażaniu modeli statystyczno-matematycznych wspomagających zarządzanie: Centralnym Laboratorium Przemysłu Dziewiarskiego w zakresie optymalizacji procesu produkcyjnego (minimalizacja kosztów zużycia materiałów i surowców), Instytutem Energetyki, a także z Instytutem Podstawowych Problemów Techniki PAN w zakresie prognozowania i analiz scenariuszowych perspektywicznego rozwoju gospodarki Polski. Prowadził badania w dwóch projektach Komitetu Badań Naukowych: Symulacyjne modele złożonych procesów produkcyjnych oraz Model ekonomiczno-ekologiczny dla gospodarki Polski.

Otrzymał zespołową Nagrodę Rektora UŁ II stopnia za osiągnięcia naukowe (1987), zespołową Nagrodę Rektora UŁ za osiągnięcia dydaktyczno-wychowawcze (1991). Uhonorowany: Złotą Odznakę UŁ (1993); Srebrnym Krzyżem Zasługi (2000).

Ceniony przez kolegów i studentów za wiedzę, kompetencje, a zwłaszcza za przyjazny stosunek do otoczenia oraz poczucie humoru. W latach 1999 oraz 2000 został laureatem organizowanego przez studentów konkursu na najlepszego wykładowcę wydziału, a w roku 2001 laureatem konkursu (tzw. nobelek) na najlepszego wykładowcę na kierunku informatyka i ekonometria.

Tradycje rodzinne

Mieszkał, pracował i zmarł w Łodzi. Rodzice, głęboko przywiązani do tradycji niepodległościowych, przekazali Mu wielką życzliwość wobec ludzi oraz zaangażowanie w sprawy obywatelskie. Podczas okupacji matka Kazimiera z d. Byczkowska była członkiem Batalionów Chłopskich, ojciec Władysław działał w organizacji Żegota oraz PPS-WRN. Po wojnie oboje pracowali jako ekonomiści. Siostra Hanna ukończyła filologię germańską, pracowała jako nauczycielka.

Od roku 1974 żonaty z Dorotą z domu Aranowską, doktorem nauk ekonomicznych; obecnie starszy wykładowca w Katedrze Badań Operacyjnych na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym UŁ. Ich córka Anna jest architektem (zaangażowana w duże projekty infrastrukturalne w Polsce, m.in., w budowę stacji II linii warszawskiego metra), matka bliźniaczek Michaliny i Leny oraz o rok młodszej Tosi. Bliźniaczki urodziły się trzy tygodnie przed śmiercią Marka.

Syn Piotr ukończył kierunek Informatyka i ekonometria oraz finanse i rachunkowość na UŁ. Przygotowuje pracę doktorską dotyczącą roli metod symulacyjnych w zarządzaniu ryzykiem projektów.

Kolega i Przyjaciel

Z Markiem Miszczyńskim i Jego żoną Dorotą pracowaliśmy w pokoju D12 przez kilkanaście lat. Dobra okazja, by poznać swoje przywary i odciski, mieć siebie czasem dosyć. Z Markiem nie było to możliwe. Był kolegą, przyjacielem, człowiekiem w najlepszym tego słowa znaczeniu. Był przyjacielem bezwarunkowym, na zawsze. Nie wiem czy On sam nazwałby przyjaźnią relację, która nas łączyła. Na czym polegała tajemnica tej trwałości i niezmienności? Mogę tylko snuć przypuszczenia. Może zasadzała się na tym, że myślał o ludziach bez drabiny, bez porządkowania, kto wyżej a kto niżej? Jeśli tak, mogłem być pewny swego miejsca, bo było ono takie, jak innych ludzi. Nie mogłem awansować w hierarchii, ale nie mogłem również spaść. Moja pozycja była trwała. Dla mnie to było i jest bezcenne.

Dobrym sprawdzianem tego braku hierarchii były Jego rozmowy i konsultacje ze studentami, których świadkiem miałem okazję być przez lata. Zero zadęcia, zero pychy, wielka uwaga, cierpliwość, staranność i jasność tłumaczenia. W jego konsultacjach nie odczuwałem żadnej dominacji belferskiej, wyłącznie gorliwą pomoc mniej wiedzącemu. Kiedy do naszego pokoju wchodził student On się cieszył i uśmiechał. Próbuję sobie bezskutecznie przypomnieć czy kiedyś potraktował słuchacza jak intruza. I nic. Studenci przychodzili do Niego z pewną nabożnością, poczuciem wyjątkowości Nauczyciela i znaczenia chwili. Tak to wyczuwałem. Nie odnotowałem również jakichś niestosownych zachowań studentów; szacunek za szacunek. Kiedy ich teraz pytam, jak zapamiętali Marka, mówią: - Sprawiedliwy, życzliwy, pogodny... -To tłumaczy, dlaczego był przez nich tak lubiany, mimo dużych wymagań. Dlatego studenci kilka razy nagradzali Go nobelkiem dla najlepszego wykładowcy.

Uczył nie tylko życzliwości i wiedzy ekonometrycznej. Jego konikiem były kropki w indeksach po mgr i dr. Dopytywał się o zasadę i jeśli student nie łapał tropu, odsyłał do słownika ortograficznego i zapraszał ponownie za pół godziny.

Podobno z kim przestajesz, takim się stajesz. Mam poczucie, że Marek mnie podnosił z moich słabości i zwątpień. Masz szczęście - powiedziała moja żona - dookoła jest tyle rozpadających się małżeństw, a ty masz Dorotę i Marka. Rzeczywiście, każdego dnia udowadniali, że dobre małżeństwa istnieją. Było w tym coś zadziwiającego - nieustanna gotowość pomocy w czymkolwiek, polowanie na możliwość pomocy małżonkowi.

Podobnie gdy ja pytałem o cokolwiek, Marek przerywał swoje czynności i wyjaśniał, spieszył z pomocą, podpowiadał. Dzielił się szczodrze nie tylko swoim czasem. Kiedyś przyniosłem do pracy mydło, Marek natychmiast podarował mi pół swojej mydelniczki. Dla mnie to przysłowiowy drobiazg, który świadczy o doskonałości.

W czerwcu On i Jego żona wywieszali na drzwiach pokoju termin pierwszych po wakacjach, wrześniowych konsultacji. Ktoś oryginalnie podziękował, dorysował do tej kartki kwiatek i serce.

Znamienny był Jego wykład habilitacyjny: prostota, przystępność, żadnego chowania się za formuły modelowe i komplikacje. Ponieważ część grona profesorskiego rady wydziału jest dość odległa od modeli i formalizacji, można ulec pokusie schowania się za skomplikowane, czyli mądre wzory. U Marka było odwrotnie, co spotkało się z życzliwymi komentarzami (nie ekonometryków).

Był namiętnym palaczem. W roku 1996 zapisał: Po habilitacji będę się starał rzucić te cholerne palenie tych wstrętnych papierosów. Niestety, to się nie udało. Jednak kiedy okazało się, że z moim sercem jest coś nie w porządku, natychmiast sam sobie narzucił nakaz wychodzenia z pokoju na papierosa. W owym czasie było to całkowicie dobrowolne.

Kiedyś, wraz z moją żoną, spotkaliśmy Marka i Dorotę na cmentarzu przy ul. Ogrodowej. Z pewnym poczuciem niestosowności i skrępowaniem powiedziałem: - Dobrze by było za pewien czas tu też sąsiadować. - Do obawy, jak to będzie potem, dołączyło nieoczekiwane pocieszenie, że będę obok nie tylko mojej rodziny, ale również bliskich mi ludzi.

Na pogrzebie Marka były setki osób: młodzieży i starszych. On im towarzyszył w pokonywaniu trudności w zdobywaniu wiedzy, w pokonywaniu obcości świata i ludzi, a oni poszli w kondukcie z Nim do granic tej rzeczywistości, z nadzieją na spotkanie po tamtej stronie.

Myślę o Marku jako jednej z najważniejszych osób, jakie spotkałem w życiu. Dla mnie Jego wielkość brała się ze zwykłości i prostoty, a równocześnie niezwykłej życzliwości. Był człowiekiem szczęśliwym i hojnie obdarzał szczęściem innych.

Żył zbyt krótko

Doktora, wówczas jeszcze nie habilitowanego, Marka Miszczyńskiego po raz pierwszy spotkałem w piątek 21 lutego 1986 r. Dzień był wyjątkowo obrzydliwy, jak zazwyczaj o tej porze roku, toteż bez wielkiego entuzjazmu zmierzałem na późnopopołudniowe zajęcia z programowania matematycznego. Perspektywa roboczej soboty, w planie był bowiem wykład, działała równie zniechęcająco, jak padający mokry śnieg. Po kilku minutach ćwiczeń nastrój, nie tylko zresztą mój, zaczął się poprawiać. Przyczynił się do tego dydaktyk dr Marek Miszczyński. Nie uciekał się do żadnych efekciarskich chwytów mogących zjednać Mu sympatię świeżo poznanych studentów, a jednak z miejsca ją zyskał. W dodatku nie tracił jej nigdy przy bliższym poznaniu, nawet u tych, którzy nie zdobyli u Niego wystarczająco wysokiej oceny. Życzliwość i okazywana sympatia wcale bowiem nie szły tu w parze z zaniżaniem wymagań czy przesadną pobłażliwością. Od razu zauważyliśmy, że jest to człowiek po prostu dobry.

We wspomniane ponure popołudnie lutowe nie zdawałem sobie sprawy, że nasz kontakt trwać będzie prawie dwadzieścia cztery lata i dopiero pewnego listopadowego dnia nastąpi efekt przeciwny do opisywanego. Początkową radość z okazji kolejnej rocznicy urodzin oraz perspektywy dnia wolnego (Święto Niepodległości), a następnie dwóch tygodni do kolokwium habilitacyjnego, skutecznie zepsuje świadomość, że Profesora już więcej nie spotkam. Wiedziałem wprawdzie, że od dawna był chory, nie liczyłem też, że Jego życzliwa obecność w sali rady wydziału podczas tak ważnego dla mnie posiedzenia doda mi otuchy, ale do końca wierzyłem, że wprawiony w walce ze  schorzeniami atakującymi Jego organizm i tym razem wyjdzie zwycięsko.

Był Profesor najczystszym przykładem nieprawdziwości krzywdzącej tezy, że ludzie nie obdarzeni dobrym zdrowiem, są nieprzyjemni w obyciu i odgrywają się na otoczeniu. Od Marka Miszczyńskiego życzliwość wręcz emanowała. Nie była to zresztą owa fałszywa, znana ze świata biznesu i polityki, sztuczna uprzejmość ozdobiona przyklejonym uśmiechem. On po prostu umiał cieszyć się życiem i tym zarażał innych. W pracy, i nie tylko, lubiano Go i ceniono powszechnie. Był bardzo szczęśliwym mężem i ojcem; żona i syn, pracujący do dziś na Wydziale Ekonomiczno-Socjologicznym UŁ, też cieszą się ogólną sympatią. Profesor potrafił również zabłysnąć dobrym, nienatrętnym dowcipem sytuacyjnym, czego zarówno słuchaczom, jak i kolegom bardzo brakuje. Czasami lubił robić studentom niespodzianki, nigdy nie były one złośliwe; zadania na egzaminie trochę zaskakiwały, bo nie były sztampowe, ale kto choć trochę myślał...

Młodszym czytelnikom chciałbym przypomnieć, że w latach, w których zaczynałem studia, wielu słuchaczy traktowało szkołę wyższą jako ucieczkę przed wojskiem lub jako odroczenie momentu podjęcia pracy. Bezrobocia, co prawda nie było, za to praca nie dawała ani satysfakcji, ani wystarczająco wysokiego wynagrodzenia. Zdarzały się więc częste absencje, zwłaszcza na niezbyt interesujących zajęciach. Z ćwiczeń czy wykładów z Markiem Miszczyńskim nie uciekał nikt, bo - po pierwsze, wciągały nawet największych nierobów, a poza tym spotkałby się z ostracyzmem grupy. Ponadto pogoda ducha i pasja, z jaką wykonywał swoją pracę, dawała nam nadzieję, że może jednak i my znajdziemy satysfakcję zawodową, a praca nie będzie dla nas pańszczyzną. Na pewno w jakiejś mierze Jego przykład wpłynął na to, że pozostałem na uczelni.

Przez rok miałem z Nim ćwiczenia z programowania matematycznego I, które obowiązywało cały rocznik ówczesnej cybernetyki ekonomicznej i informatyki, następnie przez kolejny semestr: wykład z programowania matematycznego II - już bardzo zaawansowanego, przewidzianego wyłącznie dla studentów specjalności Ekonometria i Statystyka. Był prawdziwym mistrzem dydaktyki. Autorzy podręczników i skryptów do Programowania matematycznego zbankrutowaliby chyba, gdyby wśród dydaktyków było więcej Marków Miszczyńskich. Po Jego zajęciach nie tylko nie trzeba było doczytywać i wyjaśniać chaotycznie przedstawianych treści, przeciwnie, nawet dobry podręcznik sprawiał wrażenie sztampowego i nudnego.

Niezorientowanym pragnę nadmienić, że takie zagadnienia, jak algorytm simpleks na zajęciach z programowania, dziś znanego bardziej jako badania operacyjne, to nie jest temat samograj. Nieumiejętnie i nieciekawie wytłumaczony algorytm może obrzydzić przedmiot i całą analizę optymalizacyjną. Wykładany przez mistrza dydaktyki, może zafascynować. Miałem szczęście. Wszystkie przedmioty, które wciągają pod warunkiem, że prowadzi je świetny dydaktyk, miałem prowadzone przez takich, w najlepszym tego słowa znaczeniu, pasjonatów. Aż trudno wyobrazić sobie, co byłoby, gdyby elementy programowania nieliniowego wykładał słaby lub choćby tylko przeciętny dydaktyk. Niestety, jakieś fatum ciąży nad moimi wykładowcami przedmiotów ze ścieżki algebraiczno-optymalizacyjnej; dużo przedwcześnie odeszli zarówno prof. Andrzej Tomaszewicz, dr Danuta Rogalska, jak i prof. Marek Miszczyński. Człowiek niezwykle skromnym i bez reszty oddanym studentom. Oni Mu naprawdę nigdy nie przeszkadzali, nawet wówczas, gdy - jak zwykł to mówić w lubianej przez siebie gwarze szachistów - był w niedoczasach. Często nawiązywał też do terminologii brydżowej. Ta skromność powodowała, że dopiero jako młodszy kolega, a nie student zacząłem dostrzegać, że Marek Miszczyński to nie tylko świetny dydaktyk, ale i wartościowy naukowiec. Zacząłem kojarzyć owe wcześniejsze niedoczasy z aktywnym udziałem w ważnych programach badawczych oraz współpracą z praktyką gospodarczą. W dużej mierze jej owocem była rozprawa habilitacyjna.

Wiadomo, że de mortuis nil nisi bene. Po uczciwym zastanowieniu, nawet zapominając o tej zasadzie dochodzę do wniosku, że Profesor miał tylko jedną wadę, namiętnie palił. Nawet tutaj, co zaznaczył już wcześniej prof. Sztaudynger, szkodził wyłącznie sobie, zawsze pamiętał, aby z powodu Jego słabości nie ucierpieli przebywający w pobliżu bierni palacze.

Żył zbyt krótko, czym pogrążył w żalu absolutnie wszystkich, którzy Go znali. Jego dobroć i osobowość wyzbyta wszelkiej agresji pozwala odnaleźć pewne podobieństwo do Heleny Kowalskiej. Odległej w czasie historii wielkiej, prostej kobiety i prof. Marka Miszczyńskiego, bliskiego nam i wielu osobom, w każdym wymiarze. Historii Profesora, który realizował, sformułowaną sześć wieku temu, koncepcję Johanna Lochmana uniwersytetu, jako wspólnoty ludzi poszukujących sensu życia.

Michał Majsterek

Jan Jacek Sztaudynger