Lato za oceanem, czyli Szekspir i ja

30-04-2014

In a New York State of Mind ? pozwoliłam sobie wykorzystać w leadzie te słowa piosenki Barbry Streisand jako motto mojej relacji ze stypendium Fundacji Kościuszkowskiej w Nowym Jorku latem minionego roku.

Gmachy University of Columbia

Fot. Krystyna Kujawińska Courtney

Prawdę mówiąc, okropnie się Nowego Jorku bałam. Pamiętałam to miasto z krótkiej wizyty pod koniec lat osiemdziesiątych, kiedy po załatwieniu formalności stypendialnych czekałam parę dni na samolot do Austin; otrzymałam wtedy stypendium naukowe na prowadzenie badań na Uniwersytecie Teksańskim w stolicy stanu. Już trzeciego dnia pobytu w Nowym Jorku znalazłam się na podłodze metra, przerażona, tak jak i inni pasażerowie, strzelaniną, tłuczonym szkłem, krzykami, tupotem nóg przestępców, a później policjantów, którzy wyprowadzili nas tunelem do najbliższej stacji. Tak się wtedy przestraszyłam, a była to moja pierwsza wizyta w USA, że resztę tygodnia nie wychodziłam z mieszkania fundacji posilając się jedynie ryżem, pozostawionym przez poprzedniego stypendystę i popijając przegotowaną wodę. Teraz miałam spędzić w Nowym Jorku trzy miesiące!!!!

Manhattan powitał mnie spokojem

Na szczęście, minęło sporo lat od mojego pierwszego spotkania z Nowym Jorkiem, a miasto, głównie Manhattan, ku mojej wielkiej uldze, powitało mnie przede wszystkim spokojem, a ponadto różnobarwnym i rozgadanym wieloetnicznym i wielonarodowościowym tłumem. Początkowo gubiłam się w tej nieprzerwanie spieszącej się gmatwaninie kolorów, dźwięków, zapachów. Miałam wrażenie, że nawet postacie stojące na cokołach pomników zmieniają nieustannie swoje miejsca pląsając przy dźwiękach muzyki wylewającej się z małych kafejek i wielkich restauracji, niewielkich sklepików i gigantycznych domów towarowych, włączając się w pokazy grających, śpiewających i tańczących na ulicach i skwerach artystów-amatorów. Po tym początkowym zachłyśnięciu się miastem i znalezieniu miejsc, w których miałam pracować, badania naukowe szybko wprowadziły porządek w moim życiu codziennym, i stałam się jedną z osób ciągle spieszącego się tłumu.

Biblioteki Nowego Jorku

Nowym domem stał się Barnard College, Columbia University, jeden z najlepszych uniwersytetów amerykańskich, członek tzw. Ivy League. Barnard College, założony w 1889 r., jako instytucja kształcąca wyłącznie kobiety, w roku 1900 połączył się z Columbia University, istniejącym od 1754 r. Obie te instytucje łączy teraz również ogromna biblioteka ze wspaniałym zbiorem archiwaliów, Rare Book and Manuscript Division, i tam właśnie spędziłam mnóstwo czasu. Prace badawcze przywiodły mnie też do Lincoln Centre, a dokładniej do biblioteki sztuk performatywnych (Library for the Performing Arts), gdzie mieści się szczególnie ważna dla mnie czytelnia zbiorów specjalnych ? Katherine Cornell-Guthrie McClintic Special Collection ? nazwana imieniem sławnej dwudziestowiecznej amerykańskiej gwiazdy teatralnej.

Library for the Performing Arts ma jedne z największych na świecie zbiorów, również archiwaliów z zakresu muzyki, teatru, tańca, filmu i telewizji. Częstym miejscem moich badań była też New York Public Library ze swym doskonałym systemem dostępu do wszystkich periodyków i monografii, także w formie elektronicznej, a przede wszystkim działem zbiorów specjalnych. Jednym z mankamentów pracy w tej bibliotece były hordy turystów, którzy nieustannie zwiedzali główną czytelnię. Drugim było rozproszenie zbiorów, co wymagało poszukiwania potrzebnych mi materiałów w wielu oddziałach biblioteki na Manhattanie, w tym też w Schomberg Centre, znajdującym się w Harlemie.

Spośród innych bibliotek, z których korzystałam (m.in. w Manhattan Theatre Club, International Theatre Institute, U.S. Center, New York City Municipal Archives, Performing Arts Division, New York Historical Society Library, New York Times Archive, Playbill, Inc., Theatre for the New York, Morgan Library and Museum), największe przeżycie nie tylko naukowe, ale też emocjonalne wywarła na mnie praca w Players Club, mieszczącym się w historycznej dzielnicy Grammercy, obecnie elitarnej części Manhattanu. Zezwolenie na skorzystanie ze zbiorów tej instytucji otrzymałam po trzech tygodniach.

Players Club założył w roku 1888 Edwin Booth (1833?1893) najsławniejszy dziewiętnastowieczny amerykański tragik szekspirowski. Czekając rankami na otwarcie tej instytucji, z wielkim smutkiem wysłuchiwałam rozmów turystów, którzy fotografując stojący w pobliskim parku pomnik Bootha, pamiętali tylko o tym, że był bratem Johna Wilkesa, zabójcy prezydenta Lincolna (1865 r.). To tragiczne wydarzenie nie tylko polityczne, ale też rodzinne, zostawiło trwały ślad na życiu Edwina, który z czasem odbudował swoją karierę, stwarzając niezapomniane interpretacje teatralne takich postaci szekspirowskich, jak: Hamlet, Brutus, Ryszard III. Początkowo członkami Players Club mogli być tylko mężczyźni. Dopiero w roku 1987 umożliwiono członkostwo kobietom.

Obecnie miejsce to jest żywym pomnikiem kultu historii życia artystycznego Nowego Jorku, jak i  jego teraźniejszości. W pokojach zachowano oryginalny dziewiętnastowieczny wystrój. Ściany zdobią portrety wybitnych członków i członkiń klubu, którzy odcisnęli trwały ślad na amerykańskiej kulturze, a są wśród nich, m.in.: Samuel Clemens (Mark Twain), Jack Lemmon, Angela Lansbury, Edward Albee, John Barrymore, Eugene O'Neill, James Cagney, Gregory Peck, Liza Minnelli, Tony Bennett, Peter O'Toole, Roger Moore i ostatnio Kevin Spacey.

Duchy Players Club

Monument Edwina Bootha, niezapomnianego interpretatora teatralnego postaci szekspirowskich i założyciela Players Club

Fot. Krystyna Kujawińska Courtney

Członkami klubu mogą też zostać wyróżniający się bankowcy, prawnicy, biznesmeni. W Players Club znajduje się szereg pamiątek związanych z życiem Heleny Modrzejewskiej, która już na początku swojej amerykańskiej kariery związała losy z Boothem, a w sezonie 1889?1890 grała z nim na tournee w takich sztukach jak Romeo i Julia i Makbet. Ponieważ Booth przekształcił jedno z pięter klubu na własne mieszkanie, jest tam jego sypialnia z łóżkiem, na którym zmarł.

Pracując w bibliotece tej instytucji, a z powodów lokalowych w czytelni może pracować tylko jedna osoba, przepełniał mnie zawsze nie tylko ogromy spokój, ale też melancholia i smutek. Słyszałam w oddali jakieś kroki, westchnienia, żałosne kwilenia i nawoływania. Myślałam, że są to odgłosy towarzyszące pracy obsługi klubu dochodzące zza zamkniętych drzwi. Pewno tak było, ale ostatniego dnia Ray Wemmlinger, główny bibliotekarz, znany również jako pisarz powieści historycznych, powiedział mi, że w budynku straszy. Dowiedziałam się też, że fundacja, prowadząca obecnie Players Club, parę lat temu zaprosiła nawet medium, które stwierdziło tam definitywnie obecność sił nadprzyrodzonych, łącznie z wylewającą się w miejscu śmierci Edwina Bootha niebieską plazmą. W bibliotece zaś ze szczególną siłą daje się odczuć przygnębienie, nieuzasadniony żal i tęsknotę.

Wytłumaczono ten stan rzeczy tragicznymi wydarzeniami z życia aktora, przedwczesną śmiercią pierwszej żony, chorobą umysłową drugiej, a przede wszystkim tragedią zabójstwa prezydenta Lincolna przez jego młodszego brata. Przestało mnie dziwić, że aktor osiągnął sławę w graniu ról tragicznych: nigdy nie odtwarzał postaci komediowych. Zamykając za sobą po raz ostatni rzeźbione drzwi Players Club, prawdę mówiąc, byłam wdzięczna, że o duchach i opinii medium dowiedziałam się dopiero pod koniec mojej ostatniej wizyty w tym fascynującym miejscu.

Stracone zachody miłości

Autorka z Hansem Christianem Andersenem w nowojorskim Central Parku, pomnikowym rzecz jasna

Ze zbiorów Krystyny Kujawińskiej Courtney

Zabiegana poszukiwaniem materiałów do mojej monografii nie miałam początkowo czasu, aby zwiedzać najważniejsze zabytki, muzea i atrakcje miasta. Na szczęście, w drugiej połowie lipca zamknięto w niedziele wszystkie biblioteki. Zaczęłam zwiedzanie zgodnie z przewodnikiem turystycznym i mogę z czystym sumieniem przyznać, że zobaczyłam wszystko, co mnie interesowało i co dla mnie stanowi koloryt tej tak ważnej, nie tylko dla dziejów USA, ale też świata, urokliwej metropolii. Jedną niedzielę poświęciłam na stanie w kolejce po bilety na tzw. Shakespeare in the Park. Jest to trwający od 1954 r. festiwal sztuk szekspirowskich, założony przez Joe Pappa, właściwe nazwisko Papirofsky, którego rodzice, pochodzenia żydowskiego, wyemigrowali w roku 1921 z Kielc. Podczas corocznego festiwalu latem, od czerwca do września, w Central Parku odbywają się bezpłatne przedstawienia, głównie sztuk Szekspira. Na bilety czeka codziennie ogromny międzynarodowy tłum już od czwartej rano. Bilety wydawane są o godzinie trzynastej, a przedstawienie rozpoczyna się o dziewiętnastej; przydała mi się więc praktyka stania w polskich kolejkach w latach osiemdziesiątych. Wieczorem pod usłanym gwiazdami niebem widziałam Stracone zachody miłości Szekspira.

Spotkanie z Polonią

Wykład prof. Krystyny Kujawińskiej Courtney w Fundacji Kościuszkowskiej

Ze zbiorów Krystyny Kujawińskiej Courtney

Niestety, nie miałam wykładu na Columbia University, choć był on planowany przez Shakespeare Centre. Obowiązki, głównie administracyjne, nie zezwoliły mi wyjechać z Polski wcześniej, a centrum miało ostatnie spotkanie na początku maja. Jestem natomiast bardzo wdzięczna Fundacji Kościuszkowskiej, za zorganizowanie mojej prelekcji w przepięknym audytorium udekorowanym obrazami Józefa Chełmońskiego, Olgi Boznanskiej, Władysława Czachorskiego i Teodora Axentowicza. Wykład zakończyło niesłychanie eleganckie przyjęcie.

Zaproszono mnie też do wygłoszenia wykładu w Brooklyn Public Library, oddział na Greenpoincie, gdzie spotkałam się z Polonią. Po spotkaniu gościom, a szczególnie mnie, bardzo smakowały placki ziemniaczane ze śmietaną.

Dużym wyzwaniem stało się dla mnie zaproszenie przez telewizję NDTV, działającą przy polonijnej gazecie Nowy Dziennik/Polish Daily News, mającej obecnie siedzibę w New Jersey. Redaktorka serii spotkań Zuzanna Ducka-Lubas przeprowadziła ze mną wywiad na temat mojej pracy naukowej; zamieszczono go w internecie pod adresem: http://www.youtube.com/watch?v=rI-cDoB-Zsg. Cieszyłam się również, że mogłam uczestniczyć w konkursie dokonującym przeglądu dorobku młodych amerykańskich dramatopisarzy, pełniąc tam rolę jednego z honorowych gości.

Jestem bardzo wdzięczna Fu ndacji Kościuszkowskiej, a szczególnie Barbarze Tychańskiej i Krzysztofowi Harańczykowi, za opiekę, pomoc i przyjaźń. Będę zawsze pamiętać pomoc i troskę Instytutu Piłsudskiego, gdzie dwa razy dziennie pokonywałam 152 stopnie z i do mojego przemiłego pokoiku. Przy okazji pogłębiłam wiedzę o Piłsudskim, zwłaszcza, że w roku 2013 obchodzono 70-lecie powstania instytutu. Nie potrafię wyrazić słowami podziękowania bibliotekarzom, którzy we wszystkich miejscach, w których pracowałam, pomagali mi w dotarciu do potrzebnych materiałów i archiwaliów.

Z rozdartym sercem

Wyjeżdżałam z Nowego Jorku, okropnie zmęczona, ale też z rozdartym sercem, że opuszczam miejsce, które tak wiele mnie nauczyło oraz umożliwiło spotkanie wybitnych naukowców, artystów, dramatopisarzy i aktorów oraz nawiązanie trwałych przyjaźni. Nawet w największy upał czy też straszliwą ulewę wychodziłam bardzo wcześnie rano nie tylko do pracy, ale też na spotkanie z miastem, które nigdy nie śpi i które nieustannie nawołuje gwarem do korzystania z oferowanych możliwości. A wstawałam o piątej rano i wracałam do domu około dwudziestej drugiej.

Teraz doskonale rozumiem słowa piosenki New York, New York: ? If I can make it there, I?ll make anywhere. ? A ja mam bardzo skromne marzenia/plany: chciałbym skończyć swoją monografię i w ten sposób podziękować Fundacji Kościuszkowskiej oraz miastu za ofiarowanie mi jednego z najwspanialszych, ale też najtrudniejszych wyzwań naukowych w moim życiu akademickim.

Krystyna Kujawińska Courtney