Narodziny salonu literackiego?

17-02-2015

Sala 203 w Pałacu Biedermanna, przemieniona w nieco teatralne mieszczańskie wnętrze. Jak już bowiem informowaliśmy w poprzednim numerze, od 20 listopada do 16 grudnia minionego roku stanowiła oprawę zdarzeń, które można by nazwać najogólniej salonem literackim, gdyby to określenie coś dziś jeszcze oznaczało.

Performance Iwony Jędruch i Anny Carpenter

Fot.: Krystyna Namysłowska

Obecnie przyszedł czas na podsumowanie tego przedsięwzięcia. Przypomnijmy, że swoich prac malarskich, fotograficznych i innych użyczyli: Wiesław Barszczak, Aleksandra Gieraga, Jerzy Grzegorski, Teresa Klink-Kobierska, Bogusław Kobierski, Krystyna Namysłowska; opracowanie graficzne i typograficzne druków było dziełem Bartka Smoczyńskiego.  Rozmowy zaś inicjowali: Andrzej Mariusz Wieczorkowski - antropolog kultury, Andrzej Kuśmierczyk – psycholog, Krystyna Stołecka – pisarka, poetka, redaktorka, Tadeusz Wibig – fizyk teoretyk, Krzysztof Paweł Woźniak – historyk (krótkie noty biograficzne znaleźć można w poprzednim numerze Kroniki ).

Finisaż uświetniły Iwona Jędruch i Anna Carpenter, które specjalnie na ten wieczór przyjechały  z Warszawy co warto obszerniej odnotować. Wspólne działania nazywają one teatrem dźwięku i koloru. Pierwsza z wymienionych pań jest malarką i projektantką, druga improwizuje muzycznie, koncertuje solo oraz w towarzystwie muzyków i dźwiękowców , którzy cenią sobie  nowe doświadczenia. Do takich zaliczają się, m.in., Zdzisław Piernik, mistrz tuby i Tadeusz Sudnik, dla którego dźwiękowa elektronika zdaje się nie mieć tajemnic.

Rozmowa inicjowana przez Tadusza Wibiga (na wprost, w środku zdjęcia)

Fot.: Krystyna Namysłowska

Zaprezentowany 16 grudnia performance malarsko-muzyczny rozpoczął się, co niezwyczajne, od dźwiękowego impulsu malarki.  Spowodowało go rozrywanie papieru skrywającego obraz. Powolne odsłanianie płaszczyzny malarskiej zdawało się wywoływać dźwięki płynące jednak nie z samego obrazu, a raczej uobecniające się w przestrzeni wypełnionej gośćmi wieczoru. Iwona Jędruch jest skrzypaczką, ale dla niej jako improwizatorki muzycznej podstawowymi instrumenentami stały się misy (smyczek cudownie wydobywa z nich dźwięki), gongi, własny głos  i coraz to inne wzbogacające paletę  brzmień narzędzia (woda też jest tutaj jednym z nich). To z wielką ogólnością przedstawione instrumentarium mogłoby sugerować jakieś wschodnie konotacje uprawianej przez skrzypaczkę muzyki.

Jedno ze spotkań, od lewej: Leon Sikorski, autor książek łódzko językoznawczych z lekka żartobliwych; Bogusław Kobierski oraz Marcelina Gołębiewska i Maciej Fiedosiejew, goście Pamięci, tożsamości i takich tam spraw...

Fot.: Krystyna Namysłowska

Ona sama komentuje to opowiastką, którą tu postaram się przywołać: Kiedy mówię, że gram na misach i gongach, spotykam się z pytaniem: czy wobec tego gram muzykę chińską, albo hinduską? Odpowiadam: nie, polską. To znaczy folklor? Słyszę następne pytanie i odpowiadam znów: nie, nie gram utworów folkowych ani folklorystycznych, jakkolwiek byśmy je nazwali, ale gram muzykę polską, bo wychowałam się w polskiej kulturze, jestem nią przesiąknięta, określa ona moją tożsamość, a muzyka, którą gram wypływa z mojej tożsamości, nie może być inaczej, bo chcę  być szczera i autentyczna w tym co robię. I to jest też dobre podsumowanie wątków, które przewijały się rozmowach, a które wraz z wystawą opatrzone były tytułem Pamięć, tożsamość i takie tam sprawy...

Trudno tu przywoływać wszystkie wydarzenia towarzyszące wspomnianemu wyżej przedsięwzięciu, wystarczy  zapewne zgodna opinia ich uczestników: warto się spotykać, by rozmawiać. Szkoda, że humaniści tak słabo sobie radzą w naukach ścisłych i przyrodniczych; szkoda, że ludzie z przygotowaniem technicznym, z rozeznaniem w humanistyce, tkwią często w XIX stuleciu. Znamy, oczywiście, te narzekania, ale powtarzamy je w przekonaniu, iż idea wszechstronnego rozwoju umysłu padnie w końcu na przyjazny grunt. Zwłaszcza, że nie potrzeba do tego kolejnej reformy oświatowej, wystarczą rozmowy inicjowane przez ludzi biegłych w rozmaitych dziedzinach. Do takich rozmów przygotowani są przedstawiciele dojrzalszych pokoleń (to również dało się zauważyć podczas spotkań w Pałacu Biedermanna), zapewne z racji staroświeckiej – jak niektórzy współcześni twierdzą –  formy kształcenia, nieopowiadającej obecnym potrzebom.

Mimo, iż zaproszenia i zawiadomienia były rozsyłane i roznoszone, idea spotkań w Palcu Biedermanna propagowana, młodzież licealna i studencka okazała się nimi mało zainteresowana. Szkoda, bo kto jednak przyszedł nie był zapewne zawiedziony. Trzeba więc może pomyśleć o powrocie do idei salonów literackich, gdzie rozprawiano o aktualnych trendach w sztuce, naukowych odkryciach, literackich nowinkach, troszkę też plotkowano, po prostu rozmawiano.

Nawet tytuł Pamięć, tożsamość i takie tam sprawy... jeszcze się nie wyczerpał. Grupa założycielska, czyli uczestnicy pierwszej serii wydarzeń spod tego tytułu rozpoczynają więc starania , aby rzecz się rozwijała przynosząc korzyść tym, którzy chcą się spotykać i rozmawiać, a splendor tym, którzy organizację salonów  zechcą wesprzeć.

Krystyna Namysłowska