O prawie w teorii i praktyce

16-02-2015

Doktor Magdalena Kuba, adiunkt w Katedrze Prawa Pracy na Wydziale Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego, laureatka nagrody Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych za rozprawę doktorską nt. Prawne formy kontroli pracownika w miejscu pracy. Kronika rozmawia z nią o zainteresowaniach badawczych, sytuacji prawnej pracowników i pracodawców oraz pozycji współczesnych naukowców na rynku edukacyjnym.

Z rąk Radosława Mleczki, podsekretarza stanu w Ministerstwie Pracy i Polityki Społecznej 18 grudnia minionego roku otrzymała pani nagrodę pierwszego stopnia za najlepszą rozprawę doktorską z zakresu pracy i polityki społecznej. Jak trafiła pani do tego konkursu?

–  Wzięłam w nim udział z inicjatywy mojego promotora profesora Zbigniewa Górala. Formalnego zgłoszenia dokonała natomiast dziekan Wydziału Prawa i Administracji Uniwersytetu Łódzkiego, profesor Agnieszka Liszewska.

Fot. ze zbiorów prywatnych

Jakie warunki należało spełnić, by móc wziąć udział w konkursie?

– Podstawowym kryterium była przede wszystkim tematyka pracy, jak to zazwyczaj się dzieje w konkursach branżowych na prace naukowe. W tym przypadku był to konkurs z zakresu pracy i polityki społecznej, przy czym dotyczył on zarówno problemów prawnych, jak i ekonomicznych czy socjologicznych. 

Liczył się głównie wkład naukowy, wniesienie nowej myśli do doktryny. Brano też pod uwagę charakter implikacyjny pracy, możliwość praktycznego zastosowania rezultatów badań. Myślę, że atutem mojej rozprawy było to, że zgłębiana przeze mnie problematyka to jedno z najbardziej kontrowersyjnych współcześnie zagadnień o istotnym wydźwięku praktycznym. Dla pracodawców poważną trudność stanowi obecnie rozstrzygnięcie kwestii, jak wdrażać procedury kontroli, żeby nie naruszać prawa. Pracownicy też nie są na ogół zorientowani czy muszą pewnym czynnościom kontrolnym się poddawać, a jeżeli nie, a są im w praktyce poddawani, to co z tego dla nich wynika. W związku z tym środowisko pracy właściwie oczekuje odpowiedzi na pytanie o granice uprawnień kontrolnych pracodawcy. Najistotniejszym natomiast aspektem tego zagadnienia, a z mojego punktu widzenia dużym wyzwaniem, jest brak odpowiednich regulacji prawnych. Ustawodawca w zasadzie nie reaguje na fakt, że praktycy mają problem ze stosowaniem prawa, które nie jest klarowne w tej dziedzinie i zawiera poważne niedostatki. 

W toku przygotowywania rozprawy doktorskiej okazało się, że wybrany przeze mnie temat jest też bardzo trudny pod względem teoretycznym, dotyka bowiem konstrukcji stosunku pracy i jednej z jego zasadniczych właściwości, podporządkowania pracownika. Ostatecznie dysertacja została obroniona w grudniu 2013 roku, natomiast uchwała Rady Wydziału Prawa i Administracji UŁ w sprawie nadania mi stopnia doktora nauk prawnych została podjęta w styczniu roku kolejnego. 

Co oznacza dla pani nagroda przyznana przez Instytut Pracy i Spraw Socjalnych?

– Dla mnie  jest olbrzymim wyróżnieniem ze względu na charakter branżowy konkursu i jego uznanie w środowisku naukowym. Będąc na uroczystości rozdania nagród, odniosłam wrażenie, że toczyła się dość zacięta walka o to, która praca i z jakiej dyscypliny ma zdobyć główne wyróżnienie. A warto powiedzieć, że wśród wielu członków komisji, głównie socjologów, znajdował się tylko jeden ekspert z zakresu prawa pracy, za to znakomity, profesor Jerzy Wratny. 

Przyznam też, że nieco obawiałam się, jak moja praca zostanie przyjęta, bo zdecydowałam się na badania empiryczne, których raczej nie podejmuje się w moim środowisku. Bywa tak, że prawnicy realizują badania aktowe szczególnie w obszarach związanych z prawem procesowym. Ja natomiast zdecydowałam się nie tylko na badania aktowe w instytucjach zajmujących się kontrolą przestrzegania prawa pracy – w Państwowej Inspekcji Pracy, Biurze Rzecznika Praw Obywatelskich i Biurze Generalnego Inspektora Ochrony Danych Osobowych, ale także na przeprowadzenie wywiadów w zakładach pracy. Socjologowie mieliby zapewne liczne zastrzeżenia, zwłaszcza w odniesieniu do metodologii tych badań. Z założenia jednak miały mi one tylko pozwolić na wyrobienie poglądu, jak w praktyce wygląda problem kontroli pracownika.

Osoby, które oceniały pracę, a mianowicie recenzenci mojej rozprawy doktorskiej profesor Jakub Stelina z Uniwersytetu Gdańskiego i profesor Mirosław Włodarczyk z Uniwersytetu Łódzkiego, recenzent książki podoktorskiej profesor Grzegorz Goździewicz z Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu i członkowie komisji konkursowej, docenili aspekt praktyczny pracy, czyli właśnie badania empiryczne.

Sądząc z dotychczasowych wypowiedzi, badała pani i pracodawców, i pracowników?

– Tak, przeprowadziłam wywiady w czterdziestu zakładach pracy. Moje założenie było takie, żeby wykonać po dwa wywiady w każdym z nich, jeden z pracownikiem jako osobą kontrolowaną, a drugi z przedstawicielem pracodawcy, najczęściej kierownikiem, który stosuje uprawnienia kontrolne. Chciałam zweryfikować, jakie problemy dostrzegają obie strony. Dostarczyło mi to wiele różnego rodzaju przykładów, które następnie poddawałam analizie. 

Skąd zrodziło się w pani zainteresowanie taką tematyką?

– Stało się tak dzięki profesorowi Góralowi, mojemu promotorowi, ponieważ ja zmierzałam w zupełnie innym kierunku, dotyczącym sytuacji prawnej urzędników.  Wiele osób w trakcie przygotowywania rozprawy lub już po jej obronie zastanawia się czy warto nadal iść w kierunku naukowym. Ja też miałam pewne wątpliwości, ale efekty utwierdziły mnie w przekonaniu, że było warto.

Do jakich wniosków doszła pani w swojej dysertacji?

– Po pierwsze, stan prawny w zakresie dotyczącym kontroli pracownika jest stanowczo niedoskonały. W moim przekonaniu obecne regulacje prawne nie zapewniają należytych gwarancji poszanowania praw i wolności kontrolowanego pracownika. Nie służą także ochronie słusznego interesu pracodawcy. Uważam zatem, że sprawa uregulowania tego zagadnienia jest pilna. 

Natomiast wniosek o charakterze już nieco mniej formalnym byłby taki, że pracodawcy powinni podchodzić do uprawnień kontrolnych w sposób wyważony, to znaczy sięgać po nie tylko wtedy, kiedy jest to niezbędne. Tymczasem zdarza się, że pracodawcy dopuszczają się nadużyć, często stosując czynności kontrolne, które nie mają obiektywnego uzasadnienia. Należy też dodać, że bez względu na to, jakie regulacje prawne powołamy, to zawsze może pojawić się problem z ich stosowaniem.

Jak oceniłaby pani świadomość pracowników co do praw, jakie im przysługują?

– Świadomość pracowników się kształtuje, ale w pewnych kręgach pozostaje ona na bardzo niskim poziomie. Ci pracownicy, którzy się rozwijają, podnoszą kwalifikacje, mają kontakt z wiedzą, orientują się w zakresie przysługujących im praw. Natomiast trudno oczekiwać, żeby swobodnie poruszali się w temacie stanowiącym nie lada problem dla samych specjalistów. Wielu pracowników uważa, że musi poddawać się różnym formom kontroli z obawy przed utratą stanowiska. Wynika to z braku faktycznej równości stron stosunku pracy.

Poza pracą naukową zajmuje się pani również działalnością szkoleniową.

– W ostatnim czasie w mniejszym zakresie, natomiast owszem, w branży szkoleniowej funkcjonuję już od wielu lat, nawet dłużej niż na uczelni. Szkolenia te dotyczą głównie problematyki prawa pracy i ochrony danych osobowych.

Prowadzi pani szkolenia, pracuje na Uniwersytecie Łódzkim i w uczelni prywatnej – taka wielozadaniowość to coś, na co pracownicy naukowi muszą w tej chwili stawiać?

– Do wielozadaniowości można podchodzić dwuaspektowo. Z jednej strony, jeżeli łączy się realizację różnych zadań, to ta wielozadaniowość może mieć charakter dość mocno rozwijający. Wiedza, którą się zdobywa w jednym miejscu, wspiera wykonywanie pracy w drugim miejscu i odwrotnie. Uczelnia ma służyć rozwojowi naukowemu, a praktyka – obserwowaniu funkcjonowania prawa w społeczeństwie. Z drugiej strony, dobrze byłoby zdecydować się w pewnym momencie na jeden z tych obszarów. Zaangażowanie w działania praktyczne może doprowadzić do zmiany perspektywy na tyle, że przestaje się być rzetelnym naukowcem i odwrotnie – teoretyk może nie spełniać oczekiwań stawianych przez praktykę. Natomiast jeśli chodzi o pracę w więcej niż jednej uczelni, to sądzę, że większość pracowników naukowych decyduje się na taki wariant ze względów finansowych.

A jak ocenia pani sytuację młodych naukowców?

– Myślę, że jest bardzo trudna ze względu na dużą konkurencyjność. Wiele osób jest zainteresowanych karierą naukową, co powoduje, że dość trudno przebić się na rynku. Co więcej, uczelnie zwiększają swoje wymagania względem pracowników, na co nakładają się, z jednej strony, działania, które podejmuje Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego, a z drugiej, sytuacja na rynku usług edukacyjnych. Młodzi pracownicy, doktoranci mają określone terminy na spełnienie tych oczekiwań, w moim przekonaniu zbyt krótkie. Osoba, która ma przygotować i obronić doktorat w okresie czterech lat, często bezpośrednio po zakończeniu studiów, nie dysponuje, w mojej ocenie, dostatecznie dużą ilością czasu, by dojrzeć naukowo i przygotować dobrej jakości opracowanie. W pracy naukowej na efekty trzeba zazwyczaj sporo czekać. Nie jestem też pewna, czy wszystkie osoby decydujące się na wybór takiej ścieżki zawodowej robią to z rzeczywistego przekonania czy też ze względu na fakt, że sytuacja na rynku pracy jest trudna, a ta na uczelni wydaje się stosunkowo bezpieczna. Jest to jednak tylko pozornie dobre rozwiązanie, jeśli brakuje satysfakcji z wykonywanej pracy.

Rozmawiała: Paulina Czarnek