Szukać odpowiedzi na ważne pytania

16-02-2015

Kronika rozmawia z dr Magdaleną Saryusz-Wolską z Instytutu Kultury Współczesnej Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego, laureatką ostatniej edycji konkursu o stypendium minister nauki i szkolnictwa wyższego dla wybitnych naukowców, którzy nie ukończyli trzydziestego piątego roku życia.

Fot.: ze zbiorów prywatnych

Znalazła się pani w gronie dziesięciorga młodych naukowców związanych z Uniwersytet Łódzkim, którzy otrzymali prestiżowe stypendium ministerialne. Co daje pani to wyróżnienie?

– Stypendium ma dwie zalety: symboliczną i materialną. Symboliczna to zaszczyt i sam fakt, że ktoś docenia naszą pracę. To bardzo istotne, bo humaniści często muszą odpowiadać na pytania, czy to, co robią, jest przydatne. Takie nagrody są więc bardzo potrzebne, bo utwierdzają nas w przekonaniu, że komuś zależy na naszej pracy. Wymiar materialny daje natomiast sporo wolności, bo przez trzy lata mogę zajmować się tym, co mnie interesuje, nie zastanawiając się nad tym, czy ktoś mi za to zapłaci. To bardzo ważne w pracy naukowej, w której często spędza się wiele czasu na rozmaitych wstępnych badaniach i lekturach, z których czasem coś konkretnego wynika, a czasem nie.

Stypendium to nie jedyne wsparcie, jakie udało się pani otrzymać. Obecnie pracuje pani nad projektem finansowanym ze środków Narodowego Centrum Nauki.  Czego on dotyczy?

– Na całym świecie działa mechanizm, w którym jedno wsparcie napędza drugie. Ktoś, kto może wykazać się w swoim życiorysie stypendiami czy grantami, łatwiej zdobywa kolejne. Nie jest to najszczęśliwsza procedura, bo z czasem bardziej liczy się dorobek naukowca niż podejmowane przez niego problemy badawcze. Dlatego z ostrożnością podchodziłabym do tego, ile ktoś ma grantów. Nie zmienia to oczywiście faktu, że chciałabym, aby moje badania były postrzegane jako ciekawe i ważne – inaczej bym ich nie prowadziła. Projekt, o którym pani wspomniała, zatytułowany jest Kultury wizualne Niemiec 1945–1949. Mówiąc w dużym skrócie, chodzi w nim o to, z jakimi obrazami konfrontowano Niemców zaraz po zakończeniu drugiej wojny światowej. Dotychczas zajmowano się przede wszystkimi fotografiami i filmami, które alianci pokazywali Niemcom na dowód zbrodni dokonanych w obozach koncentracyjnych. Ale w powojennej sferze publicznej było także mnóstwo plakatów społecznych, zwłaszcza z zakresu profilaktyki zdrowotnej; w gazetach drukowano reklamy czy nawet porady modowe, w kinach wyświetlano filmy. Zadaję więc pytanie, jak tego typu obrazy, które widoczne były w pierwszych latach po wojnie, współkształtowały powojenne społeczeństwa niemieckie.   

Jakie jeszcze problemy badawcze znajdują się w kręgu pani zainteresowań?

– Najpierw skończyłam filmoznawstwo – formalnie: specjalność na kulturoznawstwie na Wydziale Filologicznym UŁ. Od tamtej pory jestem dość wierna zagadnieniom z tego obszaru. Najczęściej chodzi o sprawy związane ze społecznymi funkcjami kina, przede wszystkim w zakresie formowania wyobrażeń o przeszłości. Mimo że zajmowałam się też pytaniami z zakresu socjologii – to były moje drugie studia – a od kilku lat intensywne współpracuję z historykami i specjalistami w zakresie stosunków polsko-niemieckich, ciągle wracam do badań filmoznawczych.

Wiele miejsca w swoich badaniach poświęca pani problematyce pamięci. Spróbujmy w takim razie wrócić nieco do przeszłości. Kiedy uświadomiła pani sobie, że droga naukowa to ta, którą chce pani iść w swoim życiu zawodowym?

– To prawda, że pamięć stała się moim znakiem rozpoznawczym, ale trochę mimowolnie. Teorie pamięci zbiorowej i kulturowej traktowałam przede wszystkim jako użyteczne narzędzie do analizy zjawisk związanych z kinem właśnie. Tak się jednak złożyło, że dziesięć lat temu, gdy zaczynałam się tym zajmować, istniało w Polsce spore zapotrzebowanie na prace porządkujące kwestie pamięci. Dużo się wtedy działo w zakresie polityki historycznej, historia była coraz częściej przedstawiana w mediach. I w ten sposób wątki, które pierwotnie traktowałam jako poboczne, zyskały największe zainteresowanie. Prawdę mówiąc, nigdy nie planowałam, czym się będę zajmowała naukowo. Na studiach miałam nawet inne plany.  Ale w wyniku splotu rozmaitych okoliczności poszłam na studia doktoranckie i tak już zostało.

Obecnie należy pani do zespołu Centrum Badań Historycznych Polskiej Akademii Nauk w Berlinie. Jak trafiła pani do tej jednostki?

– Do Berlina ściągnął mnie profesor Robert Traba, dyrektor centrum. Nieco wcześniej opublikowałam antologię z tłumaczeniami niemieckich tekstów o pamięci zbiorowej i kulturowej. W centrum realizowano wtedy zbliżone projekty, więc dyrektor uznał, że mogę się przydać w jego zespole.

W centrum koordynowała pani, między innymi, projekt Modi Memorandi. Na czym dokładnie polegała jego koncepcja?

– Ku mojej radości efekt projektu niedawno się ukazał: opasła książka Modi memorandi. Leksykon kultury pamięci. Jej początki wiążą się z innym projektem centrum zatytułowanym Polsko-niemieckie miejsca pamięci. W tamtym projekcie wzięło udział około stu trzydziestu badaczy, głównie z Polski i Niemiec, reprezentujących kilkanaście dyscyplin humanistycznych. Szybko okazało się, że w tak dużym gronie mamy problemy z terminologią – za pomocą tych samych pojęć opisujemy różne zjawiska albo z kolei te same zjawiska nazywany w różny sposób. Tak zrodził się pomysł leksykonu, który porządkowałby pojęcia i wiedzę z zakresu badań pamięci zbiorowej. Ostatecznie, także w tym projekcie wzięło udział ponad sto osób. Opisaliśmy sto osiemdziesiąt pojęć.

Jak pani zdaniem wygląda sytuacja młodych naukowców w Polsce? Czy sprzyja ona ich rozwojowi?

– Nie generalizowałabym. Należę do osób, które nie mogą narzekać. Ale oczywiście wiem, że nie wszyscy są w tak dobrej sytuacji jak ja. Są takie dziedziny, zwłaszcza małe dyscypliny humanistyczne, które zawsze będą wywoływały mniejsze zainteresowanie społeczne, nie będą przyciągały wielu studentów i będą niedofinansowane. A mimo to są potrzebne. Przypuszczam zresztą, że w naukach technicznych czy przyrodniczych też są takie nisze. Dziś w Polsce możliwe jest zajmowanie się mainstreamową dyscypliną, czerpanie z tego satysfakcji i przyzwoitych dochodów. W porównaniu z sytuacją sprzed dziesięciu laty dużo więcej mówi się o społecznym znaczeniu nauki, a możliwości finansowania badań są obecnie nieporównanie większe.

Chylę czoła przed badaczami, którzy zajmują się na przykład mało znanymi dialektami, badają niepopularną literaturę, czytają prace filozofów, które straciły aktualność, odkrywają materialne pozostałości kultur regionalnych i tym podobne. To są żmudne badania, które są niezbędne dla zrozumienia naszej tożsamości. Żeby powiedzieć, dlaczego nasza kultura wygląda dziś tak, a nie inaczej, trzeba poznać to, co nie przetrwało w pamięci oraz przestało być atrakcyjne. Odbywa się to na drodze trudnego procesu badawczego, setek godzin w bibliotekach czy archiwach. W społecznym odbiorze takie badania są jednak nieatrakcyjne, trudniej też publikuje się ich wyniki. Filozofię, etnologię czy archeologię studiuje dziś garstka entuzjastów, a wykładowcy nie wiedzą, czy w kolejnym roku będą mieli jeszcze kogo kształcić. Ich sytuacja jest niewesoła, ale jeśli takich ludzi zabraknie, to nie dowiemy się wielu rzeczy o sobie.

Na co powinni stawiać początkujący badacze, by mieć szansę zaistnieć nie tylko na krajowym, ale i międzynarodowym gruncie?

– W nauce nie pracuje się po to, żeby zaistnieć, ale po to, żeby szukać odpowiedzi na pytania, które uważamy za ważne. Tak przynajmniej powinno to wyglądać. Są też obszary, które z założenia są mniej atrakcyjne na międzynarodowym gruncie. Badania z zakresu historii czy kultury polskiej siłą rzeczy mają mniejsze szanse przebicia niż badania prowadzone w skali europejskiej. Ale nikt za nas nie zbada naszej własnej historii czy literatury, chociażby dlatego, że trzeba w tym celu biegle władać językiem polskim, a to nie jest popularny język wymiany naukowej. Jestem więc przeciwna międzynarodowości, która miałaby być celem samym w sobie.

Uważam natomiast, że niezależnie od tego, czym się zajmujemy, powinniśmy przyglądać się temu, jak robią to inni. Nie tylko po to, żeby ich naśladować, ale także po to, żeby z nimi dyskutować, a także uczyć się na cudzych błędach. Jeśli ktoś zajmuje się historią jakiegoś regionu albo twórczością jakiegoś mało znanego pisarza, to powinien wiedzieć, jakie są najnowsze trendy w badaniach historii regionalnej czy literatury lokalnej. Ważnym polem nauki jest bowiem metodologia – wiedza o tym, jak pracują inni, sprawia, że nie musimy wyważać otwartych drzwi. Oczywiście, że kluczem do tej wiedzy jest znajomość języków. Jeśli będziemy czekali aż ktoś przetłumaczy dla nas ważne książki, to zawsze będziemy o kilka lat do tyłu względem tego, co dzieje się gdzie indziej. Będziemy włączali się do dyskusji w momencie, gdy temat przeminął. Nie możemy też liczyć na to, że zagraniczni badacze będą masowo uczyli się polskiego po to, żeby czytać nasze polskojęzyczne teksty. Znam wprawdzie kilka takich osób, ale to raczej wyjątki. Jeśli zależy nam na włączeniu się w dyskusje prowadzone w innych krajach, to trzeba się przemóc i pisać w obcych językach. Oprócz angielskiego w humanistyce duże znaczenie nadal mają niemiecki, francuski i rosyjski.

Trzeba mieć też dostęp do zagranicznej literatury, bibliotek, brać udział w konferencjach i tak dalej. Na to potrzeba, rzecz jasna, pieniędzy i czasu. Na szczęście polskie biblioteki są coraz lepiej wyposażone, mają dostępy do wielu baz danych, o których parę lat temu można było tylko pomarzyć, sporo publikuje się w open access. Znam też osoby w Polsce, które perfekcyjnie poruszają się w cyfrowym świecie naukowym i dzięki rozmaitym portalom, forom dyskusyjnym szybko zyskują dostęp do aktualnych tekstów i niemal w czasie rzeczywistym dowiadują się o tym, co dzieje się na ważnych konferencjach.

 Ma pani również szansę obserwować poczynania badaczy zza naszej zachodniej granicy. Czego moglibyśmy się od nich nauczyć?

– Odpowiem przewrotnie: może czas zadać pytanie, czego możemy się uczyć od siebie nawzajem? Mnie imponuje niemiecki profesjonalizm i kultura dyskusji. Moi niemieccy koledzy nieustannie poddają swoje projekty krytycznej dyskusji, prezentują swoje pomysły przed badaczami spoza swoich jednostek po to, żeby udoskonalić pytania, metody czy źródła. Wiele projektów realizowanych jest przez zespoły, w których każdy ma precyzyjnie określone zadania. W polskiej humanistyce to wciąż rzadkość – większość badań prowadzi się u nas w pojedynkę. Ten brak treningu w dyskusji sprawia, że ciężej nam przejść przez procedury recenzyjne w zagranicznych czasopismach, zaskakują nas też elementarne pytania na konferencjach. Powoli widać jednak zmiany. W ostatnim czasie dowiaduję się o kolejnych seminariach czy grupach roboczych powoływanych tylko po to, żeby przedyskutować nowe pomysły. To krok w dobrą stronę.

Ale praca badacza-humanisty w Niemczech ma też ciemne strony. Kiedy mówię moim kolegom i koleżankom w Berlinie, że mam na Uniwersytecie Łódzkim umowę o pracę i dostałam pięcioletni urlop bezpłatny, aby w tym czasie pracować naukowo w innej jednostce, robią wielkie oczy. Tutaj brzmi to jak wieści z raju. Większość młodych humanistów pracuje, korzystając z możliwości, jakie stwarzają konkretne projekty; mają krótkoterminowe umowy, przeważnie tylko na część etatu. Ledwie dostali jedną pracę, już muszą szukać kolejnej – na ogół w innym mieście lub nawet kraju. Pomijam fakt, że to nie sprzyja życiu osobistemu i rodzinnemu. W takich warunkach nikt nie myśli o ważkich pytaniach badawczych, tylko o tym, jak szybko wypracować atrakcyjny projekt, dzięki któremu mógłby za rok czy dwa dostać kolejny kawałek etatu lub umowę-zlecenie. I to jest, moim zdaniem, zła drogą, którą i my, niestety, ostatnio podążamy. W ten sposób nauka kieruje się tym, co w danym momencie jest modne, a niekoniecznie tym, co może okazać się ważne, ale teraz wydaje się zupełnie niespektakularne. Ślepe naśladowanie zachodnich wzorców wiąże się więc też z powielaniem błędów.

Jak ocenia pani potencjał aplikacyjny nauk humanistycznych? W jakim zakresie mogą się one przydać współczesnym społeczeństwom?

– Większość badań realizowanych w zakresie nauk humanistycznych ma charakter podstawowy, nie aplikacyjny. Taka jest ich natura. Humanistyki nie uprawia się po to, żeby ją tu i teraz aplikować. Takie krótkofalowe myślenie uważam za niebezpieczne, bo prowadzi do traktowania humanistyki jako narzędzia inżynierii społecznej. Zadania humanistyki są bardziej złożone. Dzięki badaniom w tym zakresie dowiadujemy się więcej o nas i o naszej kulturze, możemy spojrzeć krytycznie na siebie i na naszą przeszłość. W długofalowej perspektywie humanistyka wpływa na jakość dyskursu publicznego, na język i argumenty, jakich używamy we wzajemnej komunikacji. A z tym w Polsce jest naprawdę kiepsko.

Kiedy słucham w mediach, jak ze sobą rozmawiamy, to widzę, jak potrzebne są podstawowe kompetencje humanistyczne. W tym celu potrzebny jest długotrwały proces społeczny, w którym my jako społeczeństwo nabierzemy większego szacunku do kultury, w której żyjemy czy języka, którym się posługujemy. Nie da się tego osiągnąć bez przedstawicieli nauk humanistycznych. 

Rozmawiała: Paulina Czarnek