Z lupą badacza i aparatem fotograficznym

04-05-2016

Zapamiętałem Go dobrze jeszcze z moich studenckich czasów. Wiecznie ruchliwy, z nieodłącznym aparatem fotograficznym na ramieniu, zawsze uśmiechnięty i w otoczeniu grupy przyjaciół. Podczas chłodnych dni w charakterystycznym berecie na głowie. I zawsze na osiedlu akademickim, popularnym Lumumbowie lub w pobliżu obiektów Uniwersytetu Łódzkiego, które stanowiły ulubiony temat Jego zdjęć.


Fot.: Włodzimierz Małek

Wtedy jeszcze nie znaliśmy się. On ukończył studia na ówczesnym Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi UŁ w tym samym roku, w którym ja właśnie rozpoczynałem swoje, ale na innym wydziale. Los zrządził, że z  Januszem Hereźniakiem zamieszkaliśmy na jednym osiedlu, w domach stojących vis-à-vis siebie. Z zamiłowania i specjalizacji akademickich geobotanik, dendrolog i ekolog, a z wewnętrznej potrzeby wielki społecznik, nie mógł nie uczestniczyć w pracach porządkowania i zazieleniania naszego młodego osiedla. Notabene spotkało się to z ciepłym przyjęciem władz spółdzielni i jej administracji, które nieoczekiwanie i bez dodatkowych kosztów, pozyskiwały znakomitego specjalistę mogącego udzielać fachowych porad, czuwać nad kolejnymi nasadzeniami drzew i krzewów ozdobnych oraz inicjować ciekawe pomysły związane z zagospodarowaniem osiedla. Dodatkowo Janusz, który dostawał białej gorączki , gdy ktoś dewastował, przypadkiem lub rozmyślnie naszą zieleń, był jej nieustannym strażnikiem i niestrudzonym opiekunem. To, że po latach osiedle cieszy oko swoim wyglądem, a mieszkańcy mogą w godziwych warunkach przyrodniczych żyć i wypoczywać, jest Jego ogromną i osobistą zasługą.

Bliżej poznaliśmy się podczas konferencji prasowej, zwołanej na zakończenie dwudniowych obrad farmaceutów, chemików oraz innych specjalistów, poświęconych najnowszym lekom produkcji radzieckiej, zorganizowanych przez Ambasadę ZSSR w łódzkim Domu Technika. Takich okazji wówczas dziennikarze nie pomijali. Samo spotkanie, podobnie jak wszystkiego tego typu, było nudne, niczym przysłowiowe flaki z olejem. Nie ono samo jednak nas jednak wtedy interesowało. Otóż z doświadczenia wiedzieliśmy, że jeżeli chodzi o przyjęcia towarzyszące konferencjom prasowym, radzieccy dyplomaci nie mieli sobie równych. Przede wszystkim kompletnie nie liczyli się z kosztami, bo i tak wszystko szło w wydatki propagandowe socjalistycznego mocarstwa, a nie ich. Zawsze stoły uginały się od przedniego jadła i trunków. Tak było i tym razem, co w czasach późnego Gierka, pełnych rynkowych niedoborów i trudności z nabyciem – niekiedy podstawowych produktów spożywczych – stawało się okazją niebywałą; w moim przypadku, do służbowego biesiadowania. W dodatku bez własnego udziału finansowego. Przypadek zrządził, że obok mnie zajął miejsce Janusz, który na spotkanie, organizowane przez radzieckich towarzyszy, został również zaproszony jako reprezentant łódzkiej nauki.

Zajadając się wspaniałymi przekąskami, na zimno i gorąco, pochłaniając na przemian smakowite lody i południowe owoce, o których wtedy można było u nas tylko pomarzyć, raczyliśmy się kolejnymi lampkami armeńskiego koniaku. Przy którymś toaście mój biesiadny kompan nieoczekiwanie zaproponował mi, abyśmy mówili sobie po imieniu. Jako początkujący jeszcze żurnalista Polskiej Agencji Prasowej poczułem się sympatycznie zaskoczony. Janusz, kilka dobrych lat starszy ode mnie, był już po doktoracie i znaną postacią w bliskim mi środowisku akademickim, ale też i w licznych gremiach towarzystw i organizacji społecznych, a przede wszystkim w gronie artystów fotografików. Już od 1958 r. należał do Łódzkiego Towarzystwa Fotograficznego, a w roku 1965 otrzymał legitymację członka rzeczywistego Związku Polskich Artystów Fotografików. Fotografia bowiem, a w szczególności fotografia przyrodnicza, stała się Jego życiową pasją.

Janusz pracowicie kolekcjonował w swych zbiorach kolejne zdjęcia uniwersyteckiej architektury, budowy i otoczenia uniwersyteckich obiektów, dokumentując przez lata przemiany zachodzące w akademickiej Łodzi, której Jego macierzysta uczelnia była i jest jakże istotnym elementem. Przywoził też z licznych badań terenowych wspaniałe fotografie ojczystej przyrody. Tematów do niezwykle interesujące zdjęć dostarczały Mu też zagraniczne wyprawy naukowe i podróże. Jego zdjęcia, zawsze o wysokich walorach artystycznych, dostarczały odbiorcom niezapomnianych przeżyć i doznań estetycznych.

Nic zatem dziwnego, że gdy tylko zapadła decyzja o powołaniu uczelnianego pisma, a jego utworzenie powierzono niżej podpisanemu, niebawem zaproponowałem Januszowi stałą współpracę, co przyjął z wielkim entuzjazmem, bo łączyła się ona z Jego dwiema pasjami; pracą naukowo-badawczą i fotografią, a uniwersytecka gazeta umożliwiała Mu dzielenie się tymi pasjami z czytelnikami – członkami akademickiej społeczności. W ten sposób, niemal od pierwszych dni Kroniki, pismo było wzbogacane przepięknymi zdjęciami Janusza. Początkowo czarno-białymi, później, gdy gazeta zaczęła wychodzić w kolorze , również barwnymi.

Na Jego bogate archiwum fotograficzne złożyło się blisko 64 tys. skatalogowanych zdjęć – negatywów czarno-białych i barwnych oraz ok. 17 tys. zdjęć kolorowych na materiale odwracalnym. Miał 35 indywidualnych wystaw oraz wziął udział w 53 zbiorowych ekspozycjach fotograficznych. Prace Janusza znajdują się, m.in., w zbiorach: Muzeum Sztuki w Łodzi, Muzeum Narodowym we Wrocławiu, Bibliotece Uniwersytetu Łódzkiego, Akademickiej Galerii Fotografii Uniwersytetu w Siedlcach, a także w Nowym Yorku, łódzkim Centrum Fotografii Krajobrazowej i w zbiorach prywatnych.

Był mój Kolega, a z czasem Przyjaciel, wielkim perfekcjonistą. Utrapienie mieli z Nim wydawcy, zarówno Jego prac naukowych, jak i albumów. Chronicznie bowiem nie znosił wszelkiego rodzaju niedoróbek i bylejakości. Każda z książek czy innych publikacji musiała być bez zarzutu pod względem merytorycznym i edytorskim. Nic też zaskakującego, że ostatnia książka Janusza pt. Mocarze czasu , monumentalny album wzbogacony bogatą literaturą przedmiotu – będący wieloletnim dorobkiem twórczym Jego życia – zasłużenie otrzymała prestiżowe honorowe wyróżnienie Nagrodę Złotego Ekslibrisu Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej im. Marszałka Józefa Piłsudskiego w Łodzi.

W moich oczach pozostanie na zawsze człowiekiem nieprzeciętnym, pasjonatem pracy badawczej i wrażliwym fotografikiem przyrody, uniwersyteckim wykładowcą wielce życzliwym studentom i działaczem społecznym. Urodzony w Wancerzowie na ziemi częstochowskiej, pozostał na zawsze wierny tej ziemi. Znaczną część swojego życia zawodowego poświęcił ochronie środowiska przyrodniczego Jury Krakowsko-Częstochowskiej. Położył przy tym olbrzymie zasługi badawcze w zakresie poznania roślinności regionu częstochowskiego oraz popularyzacji wiedzy o niej.

Tak, jak żył w ciągłym biegu, tak i nieoczekiwanie odszedł. Zmarł 6 marca. Pożegnaliśmy 16 marca Kolegę, Przyjaciela oraz cenionego i wiernego przez lata Współpracownika Kroniki. Spoczął na cmentarzu komunalnym Doły przy ul. Smutnej. Nie zobaczymy już w uniwersyteckim piśmie , zawsze oczekiwanych, Jego nowych zdjęć. W archiwalnych zasobach uczelnianego periodyku pozostaną jednak przepiękne fotografie Janusza, które będą Go nam przywoływać we wdzięcznej i stałej pamięci…

Imponujący dorobek naukowo-badawczy, dydaktyczny i organizacyjny Profesora, do którego oceny nie czuję się zupełnie kompetentny, zostanie zaprezentowany w najbliższym numerze Kroniki przez innego autora, blisko z Nim związanego przez lata wspólnej pracy na Wydziale Biologii i Nauk o Ziemi, a później Wydziale Biologii i Ochrony Środowiska Uniwersytetu Łódzkiego.

Stanisław Bąkowicz