Byliśmy dumni, że jesteśmy studentami

04-05-2016

Wykłady w salach kinowych, skrypty z Bratniaka i powroty do rodzinnego domu, pociągiem, bez okien. O tym, jak kiedyś wyglądało życie studentów, rozmawiamy z dziewięćdziesięcioletnią WIEŃCZYSŁAWĄ ZOFIĄ KNAPP, z domu Stefańską, jedną z najstarszych absolwentek Uniwersytetu Łódzkiego. Ukończyła na UŁ stomatologię, która później, po utworzeniu w Łodzi Akademii Medycznej, stała się jej wydziałem.


Wieńczysława Zofia Knapp (z prawej) z siostrą, słuchaczką Politechniki Łódzkiej; zdjęcie z czasów studenckich

Wieńczysława Zofia Knapp (z prawej) z siostrą, słuchaczką Politechniki Łódzkiej; zdjęcie z czasów studenckich

Fot.: ze zbiorów własnych

Jak to się stało, że zdecydowała się pani na studia właśnie w Łodzi?

– Pochodzę z Płońska, a maturę zdawałam jeszcze podczas wojny. Po jej zakończeniu, razem z jedną ze swych przyjaciółek, postanowiłam podjąć studia w Łodzi. Warszawa była wówczas w gruzach, a uczelnie dopiero się tworzyły lub powoli odradzały. Łódź podczas wojny nie została zniszczona. Przenosili się tutaj profesorowie ze Lwowa, z Wilna, Warszawy, Lublina… Tak to się wszystko zaczęło, tu studiowałam, wyszłam za mąż, a potem założyłam rodzinę i Łódź wsiąknęła we mnie. Na stare lata wprawdzie znalazłam się w Świnoujściu, gdzie mieszka moja córka, ale często wspominam czas młodości spędzony właśnie w mieście, znanym niegdyś jako wielki ośrodek włókiennictwa.

Trudno w tamtych czasach otrzymać indeks słuchacza uniwersytetu?

– Na studia zdawałam egzamin, który uprawniał do rozpoczęcia nauki na wstępnym roku. Dopiero po jego ukończeniu, już bez kolejnego egzaminu, zostałam przyjęta na właściwe studia na Wydziale Stomatologicznym, chociaż ten wstępny rok też odbywał się na uniwersytecie. Od razu zostałam skierowana na stomatologię, bo taki sobie właśnie kierunek wybrałam. Pamiętam, że z Płońska przyjechałam wtedy z  Ewą Wandą Szymaniak, koleżanką i właśnie tutaj, w Łodzi, obie ukończyłyśmy studia. Ona, notabene, zrobiła dużą karierę, bo została potem dyrektorem Instytutu Stomatologii Akademii Medycznej w Białymstoku. Studia były dla mnie o tyle ciekawe, że wszystko było nowe: miasto, otoczenie, koleżanki, profesorowie.

Jakiej wiedzy wymagano od ówczesnych kandydatów na studia?

– Przede wszystkim z zakresem matury, toteż nie było to aż takie trudne. W związku z tym, że egzamin dojrzałości zdawałam na kompletach, podczas okupacji, to wszystko było dla mnie dość świeże i już wcześniej opanowane, więc nie miałam większych problemów.

Nowo powstałe uczelnie Łodzi rozpoczynały pracę w trudnych warunkach. Gdzie, na przykład, w tamtych czasach prowadzone były zajęcia?

– Może pana zaskoczę, ale wykłady odbywały się w… kinach. Początkowo Łódź nie była bowiem przygotowana na wyposażanie oddanych do dyspozycji uczelni lokali mieszkalnych czy też gmachów. Dlatego też w tym celu zaadaptowano sale kinowe. Przypominam sobie również taką sytuację; na rogu Narutowicza i jeszcze innej ulicy był budynek, który znajdował się w nienajlepszym stanie. Zapadła wówczas decyzja, że trzeba przenieść meble z tego gmachu w inne miejsce, bo zagrażał zawaleniem. Pamiętam, że krzesła wynosiliśmy na plecach i musieliśmy budynek całkowicie opróżnić. Cóż, Łódź nie miała może wówczas z prawdziwego zdarzenia sal wykładowych, ale za to profesorowie byli świetni…

A jak ich pani wspomina?

– Kadrę profesorską mieliśmy wspaniałą. Byli to specjaliści z wielu ośrodków akademickich, którzy napłynęli do Łodzi, jednego z nielicznych miast polskich, niezniszczonego podczas wojny. Wszyscy, przedwojenni wykładowcy, z uznanymi nazwiskami. Prowadzone przez nich zajęcia, uważaliśmy za doskonałe. Opiekunem naszej grupy był profesor Alfred Meissner, poważany chirurg stomatologii. Kojarzyć go mogą również późniejsi absolwenci tego kierunku, którzy, choć nie mieli z profesorem zajęć, muszą wiedzieć, iż używane do dziś przez dentystów kleszcze Meissnera, zostały opracowane właśnie przez niego.

Ze szczególnym sentymentem wspominam profesora Bagińskiego, który przybył chyba ze Lwowa. Zawsze mówił o sobie, że ma gołębie serce. I coś w tym faktycznie było! To był nadzwyczajny profesor. U niego nikt nie oblewał egzaminu, ale musiał się wymaganego materiału nauczyć. Nie przepuścił nikomu, kto był niedostatecznie przygotowany, ale przy tym ułatwiał, pomagał przy zaliczeniach. Do dziś wspominam go z koleżankami, choć nie pozostało już ich zbyt wiele. Studenci z wielkim uznaniem odnosili się wtedy do wykładowców. Bardzo ich szanowaliśmy, tym bardziej że to byli naprawdę wybitni profesorowie.

Jak wyglądała frekwencja na zajęciach? Studenci sumiennie uczęszczali na wykłady czy były też osoby, które je opuszczały i próbowały później korzystać z notatek kolegów?

– Takich przypadków nie było. Przede wszystkim dlatego, że po wojnie dominowali starsi studenci, którzy bardzo cenili sobie wykłady. A po drugie to one wszystkich cieszyły i interesowały, dlatego sala zawsze była pełna.

Liczne były wówczas poszczególne lata studiów?

– Nie umiem wskazać dokładnej liczby. Jeśli chodzi o płeć, dominowali mężczyźni. Grupy ćwiczeniowe były stosunkowo duże. Pamiętam na przykład, że na zajęcia z chemii chodziło mniej więcej dwadzieścia osiem do trzydziestu osób. W ogóle nas było bardzo dużo, bo oprócz tych najmłodszych żaków, do których wtedy się zaliczałam, byli również słuchacze, którzy jeszcze przed wojną studiowali stomatologię. Różnica wieku między nami była więc ogromna. Różnie też prezentował się nasz grafik w ciągu tygodnia. Czasem zajęcia odbywały się z kilkuminutowymi przerwami na odpoczynek, ale zdarzały się też takie dni, że mieliśmy tylko dwa wykłady.

Pamięta pani swój najtrudniejszy egzamin?

– Zdecydowanie tak, z WKP(b)

Co takiego?

– To był egzamin dyplomowy, musiałam się uczyć historii WKP(b), czyli Wszechzwiązkowej Komunistycznej Partii (bolszewików). Nie wiem, czy pan się z czymś takim zetknął?
Nie, kiedy studiowałem, takiego przedmiotu nie było.

– No, myślę! (śmiech). A myśmy się wówczas musieli do tego egzaminu najdłużej przygotowywać. Jak się chodziło na wykłady, słuchało ich i miało skrypt, to wychodziły dwa tygodnia dobrego siedzenia i wkuwania!

Za to absolwenci wyższej uczelni nie mogli narzekać na brak zatrudnienia.

– Faktycznie, wtedy po skończonych studiach obowiązywał nakaz pracy. Dostałam taki przydział na terenie Łodzi. Dlatego tylko, że mój mąż pracował już w przemyśle bawełnianym i był potrzebny w tym mieście. Większość koleżanek po skończeniu studiów otrzymała jednak nakaz wyjazdu na wieś.

Absolwenci mogli jakoś decydować o miejscu pracy czy po otrzymaniu takiego nakazu nie można już było nic zmienić?

– Nakaz pracy był odgórnie wydawany. Trzeba było bezwzględnie jechać do wskazanego miejsca, a przydzielane były głównie mniejsze miejscowości. Tam właśnie obsadzane były stanowiska lekarza czy stomatologa. Miałam wiele koleżanek, które na trzy lata pojechały na wieś z nakazu, ale one po przyjeździe i dłuższym pobycie sobie nawet to chwaliły. Tam mogły się łatwiej urządzić. Wiejska ludność bardzo je ceniła; dostawały jajka lub nabiał, jako podziękowanie za leczenie. Tak mi wówczas opowiadały.

Wróćmy jeszcze do studiów. Wspomniała pani, że zajęcia odbywały się w salach kinowych. A jak było z dostępem do podręczników akademickich i innej literatur?

– Muszę przyznać, że stosunkowo szybko zorganizowano dużą bibliotekę akademicką, tam był więc dość duży wybór prac naukowych. Przede wszystkim uczyliśmy się jednak ze skryptów. Były one drukowane przez Bratniak (studencka organizacja samopomocowa; później zlikwidowana oraz zastąpiona przez Zrzeszenie Studentów Polskich i dostępne za niewielką opłatą. To właśnie działacze tej organizacji przygotowywali skrypty i pilnowali, by zawsze były aktualne.

Gdzie studenci zazwyczaj mieszkali i spożywali posiłki?

– Były stołówki akademickie, właśnie tam jadałam obiady. Za posiłki płaciło się niewielką kwotę i jakoś można było się wyżywić. A mieszkałam na stancji. Właściciele lokalu oddali nam do dyspozycji jeden pokój. Początkowo mieszkałam razem z koleżanką, z którą przyjechałam na studia, później doszła do nas jeszcze jedna dziewczyna, bo w Łodzi były wówczas duże kłopoty mieszkaniowe. To miasto nie było przygotowane na taką liczbę osób, jaka się tutaj po wyzwoleniu znalazła, bo Łódź szczęśliwie uniknęła bombardowań podczas działań wojennych.

Wiadomo, że mieszkanie na stancji kosztuje. Skąd studenci czerpali wówczas pieniądze na codzienne życie?

– Różnie z tym bywało, ale przeważnie utrzymywali nas rodzice. Mój ojciec, na przykład, przywiózł mnie na studia, poznał z moim przyszłym gospodarzem i wspólnie ustalili kwotę, którą będzie mu płacił za mieszkanie. Jaka to była opłata, niestety, już nie bardzo pamiętam. Miałam o tyle komfortową sytuację, iż mój tata uważał za stosowne tak mnie tam wyposażyć, bym mogła swój czas poświęcić wyłącznie nauce.

Często wracała pani z Łodzi do swojego domu rodzinnego?

– W zasadzie na każde święta. Tylko wtedy podróż pociągiem nie była zbyt przyjemna, jechało się z przesiadkami. Powroty do domu pamiętam doskonale. Pewnego razu pociąg miał powybijane szyby, w przedziale było zimno i znalazłam się w rodzinnym domu kompletnie przemarznięta. Utkwiła mi jeszcze w pamięci inna podróż. Wysiadłam na stacji w Płońsku, a tam szalała burza z piorunami i ogromną ulewą. Bałam się iść przez całe miasto do domu. Na szczęście był jeszcze jeden pan, który ze mną wysiadł, zaopiekował się, wziął mnie za rękę i tak szliśmy razem. Kiedyś przyjechałam do Płońska zupełnie brudna od sadzy z parowozu. Nie wiem, jak to się stało, najwidoczniej w wagonie nie było okien.

Warunki podróży nie należały do zbyt komfortowych?

– Były wręcz warunki katastrofalne! Jednego roku jechałam też obok maszynisty, bo nie było wolnych miejsc w przedziałach, wchodziło się przez okno! W dzisiejszych czasach trudno sobie coś takiego wyobrazić.

Przysługiwały chociaż studentom zniżki na przejazdy pociągami?

– Nie, żadnych takich ulg nie było. Miałam za to bilet zniżkowy na komunikację miejską po Łodzi. Tramwaje całkiem dobrze tutaj funkcjonowały.

A czy istniała pomoc socjalna ze strony uczelni?

– Nic o tym nie słyszałam, ale przypuszczam, że nie było żadnych stypendiów. Istniał tylko Bratniak, organizacja studencka, o której już wspominałam. Jej działacze ułatwiali funkcjonowanie na uczelni; rozprowadzali skrypty, pomagali też w drobniejszych sprawach.

Studenci wyróżniali się jakoś swoim ubiorem?

– Każdy nosił czapkę. Słuchacze Uniwersytetu Łódzkiego, później też wyłonionej z niego Akademii Medycznej przywdziewali białe nakrycia głowy, zaś studenci Politechniki Łódzkiej – bordowe. Nie rozdawano ich jednak za darmo, trzeba ją było sobie samemu czapkę kupić. W ten sposób okazywaliśmy dumę, że jesteśmy studentami, co też akcentowaliśmy na każdym kroku.

Mieli państwo poczucie jakiejś misji?

– Nie, na pewno nie. Każdy tylko myślał, jak by tu szybko zdać egzaminy i jechać do domu! To było takie studenckie podejście, każdy chciał do po prostu wrócić do mamy (śmiech).

Rozmawiał: Bartosz Burski