Magia starej czcionki

15-01-2018

W przedświątecznym okresie każdy spacer ma w sobie coś magicznego. Jeśli jest to przechadzka po lyońskiej starówce (Vieux Lyon) i po drugiej dzielnicy miasta, położonej nieopodal, między Rodanem i Saoną, wrażenia będą wręcz niezapomniane.


Skrywające się pod migotającymi ozdobami i kuszącymi reklamami restauracji numery ulic przywołują na myśl wyjątkowe losy drukarzy, którzy niegdyś tu żyli i pracowali.

Ulica Mercière 56, przy której mieścił się warsztat drukarski Etienna Dolet (1509–1546)

Ulica Mercière 56, przy której mieścił się warsztat drukarski Etienna Dolet (1509–1546)

Fot. Magdalena Koźluk

Muzeum sztuki drukarskiej

Od piętnastego wieku w na terenie Lyonu krzyżują się liczne szlaki handlowe, które łączą wiele kultur. Charakterystyczne położenie miasta, obecność dwu rzek, intensywna wymiana między kupcami, kosmopolityzm (ośrodek nazywany jest wówczas miastem tysiąca języków – myrelingues), wszystkie te czynniki sprawią, że sztuka typograficzna rozwija się w oszałamiającym tempie i w ciągu stu lat to właśnie dzięki niej Lyon, konkurując z Paryżem, stanie się znany w całej Europie. Powstające warsztaty drukują wszystko: urzędowe dokumenty, akta archiwalne, książki o różnorodnej tematyce i w wielu językach, dekrety, mapy, a nawet karty do gry. Wszystkie skarby z tamtej epoki możemy dziś podziwiać w muzeum sztuki drukarskiej w Lyonie, w którym przechowuje się metalowe matryce czcionek, rylce, czcionki, ramki oraz liczne narzędzia używane przez drukarzy i papierników w przeszłości. Eksponaty zgromadzone w muzeum stanowią prawdziwa ucztę dla miłośników dawanej sztuki poligraficznej.

Ramki z dwuszpaltowym składem dwóch kolumn gotowych do druku

Ramki z dwuszpaltowym składem dwóch kolumn gotowych do druku

Fot. Magdalena Koźluk

Prototyp loga

Starodruki są prawdziwymi dziełami sztuki. Patrząc na wiekowe woluminy możemy podziwiać kunszt drukarski, na który składa się ogromny wkład pracy drukarza, jego godna podziwu akrybia filologiczna czy zwyczajnie cierpliwość, potrzebna do przygotowywania kolejnej ramki. Zauważamy również, że od samego początku działalności, każdy z właścicieli warsztatów dokładał wszelkich starań, aby, jak powiedziałoby się dzisiaj, zapracować na swoją markę i jej rozpoznawalność w środowisku.

Jednym z takich zabiegów było używanie znaków wodnych (tzw. filigrany). To dyskretne oznakowywanie papieru umieszczane było na ogół pośrodku półarkusza papieru. Zawierało często imię drukarza, niewielkie rysunki heraldyczne, inicjały oraz o informacje o wykorzystanym w egzemplarzu papierze. Znaki wodne stają się z czasem co raz bardziej epickie i przybierają niekiedy postać rozbudowanego emblematu. Dziś nie tylko cieszą oko, ale  pozwalają również ocenić autentyczność badanego woluminu.

Stara prasa drukarska

Stara prasa drukarska

Fot. Magdalena Koźluk

Poligraficzna królowa

Dawne książki to nie tylko tajemnicze znaki wodne, ale również urzekający dyskretną elegancją wygląd czcionki, który wpływał na estetykę druku. Pośród różnorodnych kształtów na miano prawdziwej poligraficznej królowej, zasługuje wyjątkowo subtelny krój grecki – czcionka nazywana w skrócie greką królewską . Jej twórcą był Robert Estienne (1503–1559), drukarz króla Franciszka I. Przypomnijmy, że do roku 1544 w sztuce drukarskiej korzystano z aldyńskiego formatu czcionki (od imienia Aldo Manunzio, renesansowego drukarza z Wenecji), który wzorował się na codziennym, kursywnym piśmie Greków. Piękno czcionki Roberta Estienna szybko podbiło serca drukarzy, którzy przez następne dwa pokolenia publikowali dzieła Arystotelesa, Platona, Galena czy Hipokratesa w  królewskiej grece .

Od gryfa…..

Karta tytułowa starodruku to bardzo ważne strategicznie miejsce. Widniały na niej nie tylko tytuł książki, imię i nazwisko drukarza czy inne dane wchodzące w skład metryki wydawniczej, ale również tajemnicze stemple drukarskie. Pośród tak wielkiej konkurencji, trzeba było się wyróżniać i dać zapamiętać czytelnikowi. Wywodząc się z tradycji herbów i sztuki emblematycznej, stemple przybierały rozmaite, często zagadkowe formy. Nierzadko skrywały w sobie ikonograficzną tajemnicę, czym zachęcały do intelektualnej gry, tak przecież bliskiej humanistom.

Druk wykonany czcionką nazywaną greką królewską

Druk wykonany czcionką nazywaną greką królewską

Fot. Magdalena Koźluk

Stempel drukarski Sebastiana Grypha (1492–1556) jest, np. świadectwem niemałej wyobraźni i przykładem humanistycznej zabawy. Drukarz wybrał za swój znak gryfa, mityczne zwierzę o głowie orla i korpusie lwa. Obraz nawiązywał nie tylko fonetycznie do identycznego brzemienia jego nazwiska i zwierzęcia, ale również, uwzględniając obowiązującą w szesnastym wieku symboliczną tradycję, sam potwor miał przywoływać na myśl pracowitość oraz szczególny szacunek do bliźniego .

. do salamandry

Jedna z książek pochodząca z drukarni Charlesa Pesnota (1555–1584)

Jedna z książek pochodząca z drukarni Charlesa Pesnota (1555–1584)

Fot. Magdalena Koźluk

Innym, ciekawym stemplem jest znak innego drukarza, Jeana de Tournes (1504– 1564) wyobrażający salamandrę w płomieniach. Sam motyw płonącej salamandry nie był w szesnastym wieku nowością, jego korzenie bowiem można znaleźć w starożytności. Już wtedy bowiem sądzono, że salamandra z powodu niskiej temperatury ciała (odwoływano się do teorii temperamentów), przebywając w ogniu, nie płonie, a nawet może niekiedy ten ogień ugasić. Teza, która może się nam dziś wydawać wątpliwa miała jednak swoich zwolenników, do których zaliczymy Arystotelesa ( Zoologia 552b), Eliana (O właściwościach zwierząt , II.31), Dioscordesa ( De materia medica II), Pliniusza (HN, X, 188) czy Galena (De temperamentis III) .

Mit o salamandrze w płomieniach rozwijał się nie tylko w tradycji pogańskiej, ale również i w tradycji chrześcijańskiej. Zwłaszcza w tej drugiej nabrał nowych znaczeń. Autorzy widzieli w niej symbol chrześcijanina, który poskramia nie tylko namiętności, ale dzięki swojej silnej woli uwalnia od nich także innych. U jednych autorów salamandra w ogniu symbolizowała pokorę i cierpliwość, u drugich zaś spokój wewnętrzny wobec licznych prób. Bogata symbolika oraz popularność mitu sprawiała, że wielu drukarzy wykorzystywało motyw salamandry jako swój stempel drukarski: Jean de Tournes; Charles Pesnot (1555–1584) z wymowną dewizą – durer, mourir, et non perir (trwać, umrzeć, nie zaginąć); Jean Cavellat (Paryż, 1584–1587) czy Leonardus Chovët (Genewa)

Znak drukarza Jeana de Tournes (1504–1564) wyobrażający salamandrę w płomieniach

Znak drukarza Jeana de Tournes (1504–1564) wyobrażający salamandrę w płomieniach

Fot. Magdalena Koźluk

Stemple, które znajdowały się w książkach, widniały często również nad wejściami do warsztatów. Dziś możemy je podziwiać w muzeum Gadagne.

Wyjątkowy spacer

Szczególnie intrygujące dla miłośników dawnej sztuki poligraficznej są uliczki Jean de Tournes, Thomassin, Mercière czy Grenette. To właśnie tutaj, w szesnastym wieku, rozkwitał na szeroką skalę przemysł drukarski. Nazwy tych ulic widnieją na kartach tytułowych wielu starodruków i są nader bliskie badaczom dawnych ksiąg.

Zatrzymajmy się na chwilę pod kilkoma numerami, pod którymi mieściły się najbardziej prestiżowe ateliers. Pod numerem dwadzieścia jeden na ulicy Thomassin znajdował się warsztat Sebastiana Grypha. Będąc z pochodzenia Niemcem, zgłębia on najpierw kunszt sztuki poligraficznej w renesansowych Włoszech, a następnie w roku 1523 zakłada swoje atelier w Lyonie. Początkowo urzęduje na ulicy Ferrandière, ale po kilku latach przenosi się pod numer dwadzieścia jeden na ulicę Thomassin. Drukarz specjalizuje się głównie w popularyzacji wielkich klasyków, takich jak Erazm, Guillaume Budé czy Angelo Poliziano. Jego warsztat, to prawdziwe miejsce wymiany intelektualnej i jednoczenie wyjątkowy tygiel wiedzy. Pracują tam bowiem, jako korektorzy tekstu, takie sławy jak François Rabelais, Étienne Dolet czy Barthélemy Aneau. Dodajmy, że Sebastian Gryphe sprytnie upowszechnia myśl humanistyczną dzięki popularyzacji małego formatu książki (16°).

Przy ul. Mercière 68 znajdował się warsztat drukarski Hugesa de la Porte (1500–1572), a potem Horacego Cardona, znanego z licznych wydań dzieł katolickich

Przy ul. Mercière 68 znajdował się warsztat drukarski Hugesa de la Porte (1500–1572), a potem Horacego Cardona, znanego z licznych wydań dzieł katolickich

Fot. Magdalena Koźluk

Numer siedem na ulicy Jean de Tournes to równie magiczne miejsce. Pracował tam Jean de Tournes, oficjalny drukarz króla Franciszka I, znany nie tylko jako wydawca dzieł tajemniczej poetki Louise Labé czy Klemensa Marot, ale również pięknie ilustrowanych Metamorfoz Owidiusza.

Na szczególną uwagę zasługuje także ulica Mercière, prawdziwe skupisko poligraficznych sław. Pod numerem czterdzieści osiem, na przykład, najpierw znajdował się warsztat drukarski Huges de la Porte (1500–1572), a potem Horace Cardon, który zasłynął licznymi wydaniami dzieł katolickich. Później siedziba została przejęta przez Jacques’a Fornazeris (1585–1619), znanego lyońskiego rytownika. Nieco dalej natomiast, pod numerem pięćdziesiąt osiem intensywnie pracował Guillaume Rouillé (1518 – 1589), jeden z najbardziej prężnych drukarzy i sprzedawcy książek w wieku XVI wiek. W ciągu czterdziestu pięciu lat z jego warsztatu wyszło ok. 830 różnych wydań związanych tematycznie z medycyną, nauką, prawem, botaniką i religią. Co więcej, często drukował książki nie mając przywileju królewskiego na różne edycje i dziś jest znany jako ten, który rozpowszechniał wiele szesnastowiecznych edycji - piratów.

Miłośnik historii sztuki poligraficznej i introligatorskiej nie będzie patrzył na oznakowania lyońskich ulic z perspektywy typowego turysty. Przeciwnie. Rzut oka na numery niektórych kamienic, dostarczy mu szczególnej, humanistycznej przyjemności. Gra między współczesną przestrzenią i obrazem, przechowywanym pieczołowicie w pamięci tytułowych stron wiekowych woluminów, bez wątpienia przeniesie go w inny wymiar czasowy.

Magdalena Koźluk