List z Giessen

Lidia Glaesmann

06-01-2014

Do Łodzi przyjechałam z niemieckiego Giessen już po raz drugi. Mogłam tu przebywać dwa tygodnie dzięki projektowi programu Erasmus, oferty proponowanej przez Biuro Współpracy z Zagranicą Uniwersytetu Justusa-Liebiga w Giessen (JLU Giessen), tzw. Staff Training.

Od kilku lat taką możliwość mają pracownicy administracyjno-techniczni uczelni, do których należę, a ze stworzonej nam szansy chętnie korzystam. Zostałam zaproszona przez prof. Rafała Stobieckiego do Centrum Badań Żydowskich (CBŻ), gdzie wraz z dr. Jackiem Walickim i jego przesympatycznym zespołem: Ewą Wiatr, Adamem Sitarkiem i Michałem Trębaczem, pracowałam nad różnymi aspektami historii Łodzi i Żydów polskich w okresie przedwojennym oraz w czasie II wojny światowej. Przydał się tutaj mój język niemiecki.

Wspólny projekt

Podstawą do tej współpracy jest nie tylko kilkuletnia już nasza znajomość, wynikająca z kontaktów partnerskich między uniwersytetami, umocniona podczas wspólnych konferencji, warsztatów czy wymiany pracowników naukowych, w wyniku której już dawno narodziły się serdeczne znajomości i przyjaźnie, ale również wspólny projekt: Łódź i region łódzki 1933?1945: narodowa radykalizacja i etniczna segregacja rozpoczęty w roku 2009. Projekt ten, finansowany w większej części przez Polsko-Niemiecką Fundację na rzecz Nauki (PNFN), jest realizowany nie tylko przez historyków z CBŻ w Łodzi i JLU Giessen, ale również przez łódzkich germanistów z Katedry Literatury i Kultury Niemiec, Austrii i Szwajcarii UŁ: prof. Krystynę Radziszewską oraz dr Monikę Kucner, pod kierownictwem prof. Joanny Jabłkowskiej, z którymi wymiana kontaktów jest równie żywa. I właśnie mój pobyt w Łodzi związany był z tym projektem.

Tygiel ciągłych zmian

GiessenSkan pierwszej strony pocztówki napisanej w grudniu 1941 r. w łódzkim getcie przez Dorotę Bergson do męża dr Henryka Bergsona

Do miasta tego przyjechałam jednak nie tylko, aby pracować. Chciałam je na nowo zobaczyć, nacieszyć oczy niespodziankami, bo ciągle mnie ono zaskakuje; to tygiel ciągłych zmian. Cieszyłam więc oczy pięknymi secesyjnymi kamienicami, tętniącą życiem Manufakturą, spacerowałam Piotrkowską i Narutowicza ? ulicami wyjątkowymi i fascynującymi, które tym razem ze względu na prace remontowe momentami traciły na uroku? Oglądałam różne miejsca, na przykład to po Dworcu Łódź-Fabryczna, przypominające jedną wielką ranę.

Dla mnie Łódź to nic innego jak życie, jego symbol, jego istota, jego mieniąca się i wiecznie zmieniająca rzeczywistość, jego stałość i zmienność. Wszystko tu jest, cały niekończący się repertuar istnienia w pigułce.

Wędrówki w czasie

Przyjechałam tutaj z dr Marlene Klatt, która w zespole giesseńskich historyków, pod kierownictwem naszego szefa prof. Hansa-Juergena Boemelburga, pracuje również nad wspomnianym wcześniej projektem. Nasze dni robocze planowałyśmy rozpoczynać dobrym śniadaniem, dobrą herbatą czy kawą, żeby po nich wziąć się do pracy. Ale bądź mądry i znajdź na Piotrkowskiej miejsce, w którym można spożyć pierwszy posiłek o ósmej rano! Swą atmosferą, przynajmniej w miejscu gdzie mieszkamy, główny miejski deptak wręcz do tego zachęca, czaruje, obiecuje! Coffee-shopy otwarte, herbaciarnie też. Pan Dybalski, Br(a)ednia, Zielone oczy oraz inne, równie intrygujące lub wesołe nazwy. Ciastek bez liku, piękne, bezowe, piankowe, śmietankowe, z owocami i bez. A śniadanie... któż by się taką prozaiczną sprawą przejmował i do tego tak wcześnie rano...

Bardzo to sympatyczne, naprawdę! Leniwe, śpiące, powolne, dalekie od stresu i hektyki, coś w tym jest! Zycie nie na gorąco, początek dnia, do którego trzeba się dopiero powoli wybudzić. Poranna Łódź, taka jaką lubię.

Ratował nas jeden z coffee-shopów i to przez całe dwa tygodnie, bo inne poszukiwania okazały się daremne. Po tym, kiedy tam dobudzałyśmy się kawą, wchodziłyśmy w dzień ? rozstawałyśmy się przy ulicy Jaracza, ona pędziła dalej na plac Wolności do Archiwum Państwowego, a ja na ul. Kamińskiego, do moich historyków. Od dr. Jacka Walickiego dostałam stos gazet, taki dygitalny i miałam przeprowadzić kwerendę dwóch z nich pisanych dla mniejszości niemieckiej w Łodzi: Neue Lodzer Zeitung (Nowa Gazeta Łódzka) i Lodzer Volkszeitung (Łódzki Dziennik Ludowy). Miałam ograniczyć się do okresu od lutego do sierpnia 1939 r., znajdując w nich artykuły dotyczące posiedzeń nowo wybranej Rady Miejskiej i z nich wysublimować ich opis i atmosferę, a przede wszystkim przedstawić sposób, w jaki obie gazety komentowały te obrady.

Pierwsza z nich należała do tzw. propolskich, druga była organem łódzkich socjalistów, a obie poza krótkim okresem charakteryzowały się niechętnym nastawieniem do ideologii narodowosocjalistycznej. Łódzki Dziennik Ludowy ? posługuję się polską nazwą, bo od lutego 1939 gazeta ta miała obok niemieckiego, również polski tytuł ? jest związany z interesującą postacią Emila Zerbe, pracującego dla niej dziennikarza i redaktora. Zerbe, socjalista pochodzenia niemieckiego, który sam nazywa siebie Niemco-Polakiem, był współzałożycielem Niemieckiej Partii Robotników w Polsce, która zawarła z Powszechnym Żydowskim Związkiem Robotniczym Bund porozumienie w celu zwalczania szowinizmu i antysemityzmu. Sam Zerbe od roku 1930 był konsekwentnym przeciwnikiem narodowego socjalizmu.

W wyniku narastających rozgrywek politycznych zarzucało się jego gazecie podjudzanie przeciwko niemieckiemu rządowi, a na interwencję niemieckiego konsula w polskim rządzie wycofywane były całe numery ze sprzedaży. Dalsza egzystencja gazety była zapewniona jedynie dzięki pomocy żydowskiego Bundu. Jak na drugą połowę lat trzydziestych to dość specyficzny układ. Dla Zerbe wybuch II wojny światowej okazał się fatalny. Aresztowany już we wrześniu dwa razy przez polską stronę jako Niemiec i niemiecki polityk zwolniony na interwencję prezydenta miasta Łodzi Kwapińskiego, musiał się przez całą wojnę ukrywać, również przed gestapo, bo figurował na jej liście jako przeciwnik narodowego socjalizmu. Po wojnie nie opuszczał już Łodzi. Żył tu do roku 1954.

Niewysłana pocztówka z getta

Poza pracą z gazetami, która mnie wciągała i przenosiła w inne czasy, przede wszystkim w nastroje przedwojenne, spędziłam dwa dni w Archiwum Państwowym. Najpierw zajmowałam się tzw. dokumentami ego, a dokładniej mówiąc odpowiedziami Niemców do nadburmistrza miasta Litzmannstadt z roku 1940, którym zarzucało się brak zwrotu Żydom długów, w towarze bądź gotówce. Innym razem wyszukiwałam firmy, będące przed wybuchem wojny własnością niektórych znanych osobistości z getta, którym poświęcono hasła w opracowywanej w getcie encyklopedii, przygotowywanej obecnie do pierwszego wydania.

Praca interesująca, a dla mnie to archiwum stało się miejscem szczególnym, bo będąc tu w zeszłym roku przeżyłam coś, co nie należy do codzienności. Otóż zostałam poproszona przez Ewę Wiatr o pomoc w sprawie dwustronicowej kartki pocztowej pisanej z getta w grudniu 1941 r. przez Dorotę Bergson do męża Henryka Bergsona, znanego łódzkiego ginekologa. Doktor Bergson przebywał w tym czasie w Tarnopolu, a znalazł się tam na wschodzie wraz z armią polską już na początku wojny. Pocztówka nigdy do niego nie dotarła, zatrzymana przez wewnętrzną cenzurę administracji żydowskiej, podzieliła los kilkunastu tysięcy innych pocztówek, dzisiaj znajdujących się w Pracowni Archiwum Państwowego w Łodzi.

Na kartce tej znajduje się napisana czerwoną kredką uwaga cenzury: do zwrotu z zaleceniem pisać wyraźniej. Miałam przetłumaczyć ją na język polski nikomu innemu jak córce Doroty i Henryka Bergsonów Helenie Bergson, której po rodzicach nie zostało nic, nie znała nawet charakteru pisma swojej mamy.

Dyrektor archiwum mgr Piotr Zawilski wyraził zgodę na udostępnienie oryginału i tak Helena dostała do rąk własnych kartkę, która dla zwyczajnych czytelników jest dostępna jedynie na mikrofilmie. Pochyliłyśmy się nad tekstem, ja tłumaczyłam nie zawsze lekkie do odszyfrowania pismo. Kiedy już kartka została obejrzana, przeczytana, a pytania i kontekst wyjaśnione, pani Helena wypowiedziała swój zaskakujący dla mnie komentarz: ? Ale nabazgrane!. ? Później dowiedziałam się, że taka reakcja jest typowa dla tych, którzy sami z shoah ocaleli, ale stracili swoich najbliższych. Ta na zewnątrz okazywana surowość to nic innego jak ochrona przed roztrzaskaniem tego, co już i tak dawno potrzaskane ? własnej psychiki.

Helena przeżyła wojnę jako jedna z nielicznych w swojej rodzinie. Razem z matką znalazły się w getcie łódzkim. Doktorowi Bergsonowi udało się sprowadzić żonę do Warszawy, dokąd przybył z Galicji. Niestety, podczas likwidacji getta warszawskiego obydwojga przewieziono do obozu w Poniatowej na Lubelszczyźnie i tam w listopadzie 1943 r. zostali rozstrzelani. Helena, która miała do rodziców dołączyć później, jako jedna z nielicznych przetrwała łódzkie getto i dożyła wieku 92 lat. Zmarła niedawno, 21 maja tego roku.

Podwójny dyplom

Wieczorami, kiedy Marleny już w Łodzi nie było, bo pojechała do archiwum w Poznaniu na dalszą kwerendę, organizowałam sobie swój wolny popołudniowo-wieczorny czas. W czwartek umówiłam się z Adamem Sitarkiem, zachęcona jego reklamą twórczości Angeliki Markul w Muzeum Sztuki ?ms1?, mieszczącym się w dawnym pałacu Maurycego Poznańskiego. Adam lubi sztukę współczesną, abstrakcyjną, przede wszystkim transmedialną, bo ta, jak wyjaśnia, obala wszelkie granice, jest niezależna od tego, co narzuca rynek, jest i pomysłowa, i porąbana, i inteligentna, i daje inne niż znane do tej pory możliwości zastosowań też głupich rzeczy.

Chcieliśmy poza tym pogadać i spotkać się tam z dr Ewą Kubiak i dr Irminą Gadowską; obie są historykami sztuki i obie były już w Giessen ze swoimi wykładami przygotowanymi w programie Erasmus. Poza tym Ewa jest teraz prodziekanem ds. wymiany z zagranicą Wydziału Filozoficzno-Historycznego UŁ. Korzystając więc z okazji zagadnęłam ją w kwestii strategii zachęcania słuchaczy do podejmowania studiów magisterskich na nowym atrakcyjnym kierunku kończącym się podwójnym dyplomem: magistra Uniwersytetu Łódzkiego oraz Master of Arts (M.A.) Uniwersytetu Justusa Liebiga w Giessen. Kierunek ten pn. Niemieckojęzyczna literatura i kultura w Europie Wschodniej przewiduje cztery semestry na zrealizowanie wszystkich zaliczeń i napisanie pracy. Jeden z semestrów obligatoryjnie należy ukończyć w Giessen. Tamtejsi germaniści zapewniają łódzkim studentom stypendium, przy czym kierunek jest otwarty nie tylko dla germanistów.

Wyzwolone siły

Potem zwróciłam się do Irminy, bo wiedziałam, że właśnie wróciła z Paryża i zagadnęłam o ten wyjazd. Dowiedziałam się, że jego powodem był Marek Szwarc, łódzki artysta żydowski: rzeźbiarz, malarz, metaloplastyk, grafik, współzałożyciel awangardowej grupy artystów Jung Idysz, która działała od 1919 do 1921 r. Irmina pisze o nim książkę, a w Paryżu zbierała materiały, bo Szwarc dużą część swojego życia związał z tym miastem i tam też w 1958 r. zmarł. Był postacią barwną, którego życiowa postawa, poglądy i posunięcia musiały wzbudzać liczne kontrowersje.

W roku 1921 przeszedł na katolicyzm, a fakt ten udało mu się utrzymać w tajemnicy przed rodziną przez ponad dziesięć lat. Możliwe, że chciał uniknąć skandalu i chronić swoich rodziców, a szczególnie ojca Isuchera Szwarca, który był postacią wpływową i znaną, działaczem syjonistycznym, hebraistą i ławnikiem zgierskim. Jego dom skupiał artystów i literatów.

W zasadzie do końca nie wiadomo, dlaczego M. Szwarc zdecydował się na konwersję, bo on sam nie wypowiada się na ten temat jasno, sugerując przypadek. Można przypuszczać, że złożyło się na to kilka czynników. Jednym z nich zdaje się być przyjaźń z Jacquesem Maritainem, francuskim filozofem, neoscholastykiem, przedstawicielem personalizmu chrześcijańskiego, który sam przykładał bardzo dużą wagę do wiary. Z drugiej strony, jak opowiada Irmina, we wspomnieniach Szwarca ujawnia się już w dzieciństwie fascynacja świętami katolickimi, a później, jeszcze przed konwersją, również ikonografią chrześcijańską.

Po naszej rozmowie, z trudem odwróciłam uwagę od postaci Szwarca i udaliśmy się na wystawę Wyzwolone siły. Angelika Markul i współczesny demonizm. Ekspozycja w ciemnych, czarnych, szarych i białych tonacjach, w pomieszczeniach, w których albo nie ma światła, albo podkreśla ono siłę ciemności i żywiołów. Przejścia między pomieszczeniami, przynajmniej w części, przypominały czarne kopalniane korytarze, co jeszcze wzmacniało nastrój szarej i sugestywnej estetyki ciemności, a z perspektywy oka kamery sugerowany był opuszczony przez człowieka świat i potężna, niepokojąca w swym żywiole i wymiarze natura. Oglądałam to wszystko chętnie, ale kiedy wyszliśmy już na zewnątrz cieszyłam się, że dzień był jasny i najzwyczajniej w świecie świeciło sobie słońce.

I tak wyglądał mój pobyt w Łodzi, przeplatany pracą, mnóstwem interesujących wydarzeń, informacji i spotkań, rozmów, opowieści, żartów, obserwacji, pełen ludzi, których już nie ma, ale przede wszystkim jednak ludzi, którzy są ? fajni, otwarci, pełni refleksji, pomysłów, humoru, służący gotowością pomocy, bezpretensjonalni i serdeczni!

Pożegnania czas

Ostatnim ? takim już odprężającym ? spotkaniem była wizyta u Ewy Wiatr w jej przepięknym domu, gdzie po wspólnym obiedzie ucięłyśmy sobie pogawędkę przy kawie. To właśnie Ewie zawdzięczam najwięcej, bo to przede wszystkim ona zadbała o to, żebym dobrze czuła się w pracowni, i w ogóle w czasie mojego pobytu w Łodzi, by moja praca była różnorodna, a nie nudna, bym poznała jak najwięcej ciekawych projektów i ludzi. Choć jej czas był bez reszty napięty i nie wiem, jaki talent w niej drzemie, że załatwia mnóstwo spraw i znajduje czas dla wszystkich i na wszystko, mimo tak wielu obciążeń.

Giessen 1Lidia Glaesmann (z lewej) z Ewą Wiatr przed gmachem Instytutu Historii Uniwersytetu Łódzkiego

Po jej domu i ogrodzie oprowadził mnie jej trzy i pół letni przeuroczy syn Ignacy, z którym obserwowaliśmy koty i wiewiórki, a potem dzieliliśmy się dojrzałymi już winogronami . Towarzyszyła nam jego sympatyczna siostra Tosia, która właśnie rozpoczęła naukę w gimnazjum.

Chłonęłam ostatnie wrażenia, cieszyłam się odpoczynkiem w pięknym ogrodzie Ewy, położonym przy samym lesie, skąpanym w ostatnich promieniach słońca, które pod koniec mojej wizyty przeszły w deszcz i przygotowywałam się mentalnie do powrotu do innej mojej rzeczywistości, która za chwilę miała być moim udziałem już w Giessen.

Za informacje uzupełniające do mojego tekstu chciałam serdecznie podziękować prof. dr. Hansowi-Juergenowi Boemelburgowi, dr Monice Kucner, dr Irminie Gadowskiej i Ewie Wiatr.