Katolicki dziennikarz nie może się zmienić w moralistę a gazeta w encyklikę

21-05-2018

Tekst wykładu, wygłoszonego przez księdza ADAMA BONIECKIEGO, podczas uroczystości nadania mu tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Łódzkiego.

Dziękuję za zaszczytny tytuł. Zdaję sobie sprawę w jak wspaniałym gronie doktorów honoris causa Łódzkiego Uniwersytetu się znalazłem. Przyznaję, że nigdy żadnego doktoratu honoris causa się nie spodziewałem i gdyby to nie było niegrzecznością wobec tych, którzy mi go przyznali, powiedziałbym, że to chyba jakaś pomyłka.

Skoro jednak państwo przyznali mi tę najwyższą godność akademicką, nie chcę być hipokrytą i wyznaję, że z tego zaszczytu się ogromnie cieszę. Wejście do takiego grona to wielki zaszczyt. Bo osoby, które godnością honoris causa zostały przez tutejszy uniwersytet obdarzone, to grono znakomite. Przypomnę nazwiska tych, z którymi czuję się w pewnym sensie, jakoś osobiście związany, przez lektury i z niektórymi przez osobistą znajomość: Julian Tuwim (1949), Tadeusz Kotarbiński (1957), Witold Doroszewski (1960), Józef Chałasiński (1970), Jan Szczepański (1973), Konrad Jażdżewski (1985), Karl Dedecius (1990), Leszek Kołakowski (1992), Józef Tischner (1995), Jan Karski (1996), Tadeusz Ulewicz (1998), Andrzej Walicki (2001), Andrzej WajdaKazimierz Dejmek (2002), Margaret ThatcherWładysław Bartoszewski (2009) Amos OzKrzysztof Zanussi (2012), Umberto Eco (2015) i Krzysztof Pomian (2017)….

Chciałbym teraz podzielić się z państwem garścią doświadczeń katolickiego księdza (to drugi ksiądz, po księdzu profesorze Józefie Tischnerze na liście doktorów honoris causa Łódzkiego Uniwersytetu), a zarazem redaktora – dziennikarza, Jest to kilka przemyśleń i doświadczeń z ostatnich pięćdziesięciu czterech lat mojego życia, życia z Tygodnikiem Powszechnym.

Kilka problemów i pokus czyhających na dziennikarza redaktora i do tego księdza.

Finanse

Misja bez pieniędzy to utopia, pieniądze bez misji – cynizmem, powiedział o mediach Adam Michnik podczas Tygodnia Kultury na Katolickim Uniwersytecie Lubelskim (2004).

Środki przekazu, także religijne stanowią – trzeba to powiedzieć jasno – część rynku mediów. Rynek religijny ma oczywiście swoje cechy specyficzne. Nabywca, w przypadku mediów katolickich, pyta o prawdę, często rozumiejąc przez to potwierdzenie jego prawdy. Wielu odbiorców woli od prawdy obiektywnej i od trudnych pytań przekaz, który zapewni im poczucie bezpieczeństwa, który będzie odpowiadał ich prawdzie, ich poglądom i ich przyzwyczajeniom. Stąd, jeśli ktoś nie chce być zakładnikiem tych wymagań, napotka na trudności w zdobyciu zaufania nabywców (czytelników), zwłaszcza uprzedzonych. Czasem wystarczy jeden tekst odebrany jako sprzeczny z tym, czego czytelnik oczekuje od pisma katolickiego (na przykład, nie satysfakcjonuje go sposób reagowania na publiczne prowokacyjne działania mające posmak bluźnierstwa a obliczone właśnie na  wywołanie możliwie głośnej awantury), by w ostrych słowach zawiadomił redakcję o natychmiastowym wycofaniu prenumeraty lub o zaprzestaniu kupowania pisma.

Stąd pokusa, by nie zrażać, by omijać drażliwe tematy, by być pismem dla zbudowania i pokrzepienia serc.

Zaufanie dopisma, może się okazać ratunkiem w zagrożeniu katastrofą finansową, jak było w przypadku Więzi i dwukrotnieTygodnika Powszechnego, w latach 1957 i 2009, kiedy to wielkoduszność czytelników uratowała pismo od katastrofy. Przykładem budowania bazy finansowej w oparciu o bezwzględne zaufanie odbiorców niewątpliwie jest Radio Maryja.

Drugim czynnikiem wpływającym na popyt jest potrzeba należenia do grupy. Nabywca – czytelnikutożsamiając się z prezentowanymi w piśmie ideami, sposobem interpretowaniaświata, stawiania pytań, usatysfakcjonowany doborem i sposobem podawania informacji nie czuje się osamotniony. W przypadku mediów promujących wartości wyższe występuje poczucie nobilitacji (należę do grona czytelników pisma X). Dodajmy, że i wartości negatywne (turpizm, makabra i obscena), dają poczucie należenia. Hołdując tym upodobaniom przyjemnie jest wiedzieć, że to nie tylko ja, że jest nas, lektorów pisma Y cała grupa.

Nikt nie będzie utrzymywał pisma deficytowego, nawet Kościół. Kościół, jednak, jak inne wielkie instytucje czy organizacje, może dofinansowywać swoje środki przekazu jako narzędzie misji. Tak, na przykład, funkcjonuje Radio Vaticana, (choć od lat osiemdziesiątych wymaga się by i ono podejmowało różne działania rynkowe). U nas Kościół promuje katolickie media reklamą (między innnymi z ambony) i wspiera gigantyczną, bezpłatną siecią dystrybucji parafialnej. W wielu krajach z kościelnych funduszy są utrzymywane agencje informacyjne, takie jak nasza KAI, a niektóre pisma katolickie są finansowo wspierane przez lokalny episkopat.

Jednak mocne, finansowe wsparcie wymaga czynienia zadość oczekiwaniom wspierającej instytucji.

Niezależność (właściciele)

Z tym wiąże się problem niezależności pisma, czyli – innymi słowy – pełna odpowiedzialność redakcji za treści w nim zawarte. Jeżeli właścicielem jest instytucja kościelna, na przykład, diecezja, to za jej ortodoksyjność, a czasem i za poprawność polityczną odpowiada biskup, który wykonuje to przez zaufanego człowieka, postawionego na stanowisku naczelnego redaktora,.

Niesłusznie taką rolę czasem przypisywano asystentowi kościelnemu. Istniejący w czasach PRL asystent kościelny redakcji został wymyślony po to by w rozmach z władzami Tygodnik Powszechny mógł być taktowany jako stan posiadania Kościoła, co z kolei dawało Episkopatowi tytuł występowaniaw obronie Tygodnika. Wcześniej funkcjaasystenta kościelnego istniała tylko przy katolickich organizacjach, a nie przy redakcjach.

Tygodnik w materii własności pisma zdobył ważne doświadczenie.

Do roku 1956 jego wydawcą była Krakowska Kuria Metropolitalna, potemodpowiedzialność za pismo przejęła grupa katolików świeckich jako Sp. z o.o. Jako pismo katolickie byliśmy wspierani (czasem monitowani), przez Kościół, zwłaszcza naszych arcybiskupów. Metropolita krakowski Karol Wojtyła utrzymywał żywy kontakt i współpracę z redakcją, stale publikował swoje teksty w Tygodniku, lecz byliśmy niezależni od zewnętrznego właściciela, więc całkowicie za pismo odpowiedzialni. Tygodnik pozostał pismem katolickim, ale nie był pismem kościelnym.

Kiedy w trudnym dla niego okresie, w kwietniu 2007 roku z pomocą przyszła mu grupa ITI nabywając czterdzieści dziewięć procent udziałów w Tygodniku Powszechnym i 23 czerwca 2008 stając się większościowym udziałowcem pisma, to jako nowi wspólnicy, w bardzo szczegółowej umowie się zobowiązali nie ingerować w redagowanie, w treść ani w sprawy personalne pisma i skrupulatnie tego zobowiązania dotrzymali. W roku 2011 kapitałowo ITI się ze spółki wycofało a swoje udziały nieodpłatnie przekazała spółce Tygodnik Powszechny, która ponownie stała się samodzielnym właścicielem pisma. We wrześniu 2014 roku część udziałów nabyła Fundacja Centrum Kopernika, która, ku obopólnemu zadowoleniu, owocnie współpracuje z pismem.

Historia z ITI dowodzi, że nawet w biznesie jest miejsce na działania bezinteresowne. Ci, którzy w ITI podjęli decyzjęwspierającą Tygodnik nie zrobili tego w przewidywaniu zysków, ale po to, aby ocalić wartości w ich przekonaniu reprezentowane przez Tygodnik Powszechny. Dodajmy, że dla wielu komentatorów ta bezinteresowność do końca pozostawała nie do pojęcia.

Ortodoksja

Dla pisma mającego w podtytule przymiotnik katolicki sprawa ortodoksji ma zasadnicze znacznie. Kościół nie może się zgodzić na to, by pod szyldem katolicki szerzono treści niezgodne z jego nauką. W ciągu pięćdziesięciu czterech lat mojej pracy w Tygodniku Powszechnym nie zdarzyło się by Kościół postawił Tygodnikowi zarzut nieortodoksyjności.

Owszem, ja sam jako naczelny pisma usłyszałem ostrzeżenia, że jeśli posiadany przez nas, określony materiał opublikujemy, pismo straci prawo do przymiotnika katolickie. Jednak nie chodziło o prawdy wiary ale, na przykład, o całościowe przedstawienie sprawy gorszących zachowań biskupa i reakcji Stolicy Apostolskiej. Z podobną reakcją (bez grożenia wprost utratą logo) spotkało się opublikowanie jednej krytycznej wypowiedzi na temat Radia Maryja na zebraniu biskupów ordynariuszy, Tym razem zarzucono mi naruszenie zasad etyki dziennikarskiej. Takie i podobne, nie tak znów rzadkie sytuacje powstają na skutek utożsamiania misji mediów z misją biskupa czy w ogóle duszpasterzy.

Ilustruje to historia związana z artykułem Jerzego Turowicza: Kryzys w Kościele (w noworocznym numerze Tygodnika Powszechnego 1969).

Na artykuł publicznie zareagował Ksiądz Prymas, zapewniając wiernych, że żadnego kryzysu w Kościele nie ma, a jeśli jakiś jest, to kryzys redaktora. Kardynał Wojtyła, też z artykułu niezadowolony, tłumaczył powołując się na pedagogię wiary, że informacje o toczonych w Kościele sporach wymagają przygotowania, którego polski czytelnik nie ma. Turowicz, który uważał, że formacja dokonuje się, między innymi, przez informację dowodził, że to, co jest dostępne w całym wolnym świecie, polskiemu czytelnikowipo prostu też się należy.

Bo katolicki dziennikarz nie może się zmienić w moralistę a gazeta w encyklikę czy nawet w wykład katechizmu. Trudnych dla Kościoła pytań nie wolno mu omijać, trudnych spraw, nawet skandali czy niefortunnych decyzji hierarchów nie może zostawiać pismom niechętnym Kościołowi. Musi się z nimi zmierzyć, nawet ryzykując niezadowolenie niektórych czytelników, hierarchów, księży czy tak zwanych zwykłych wiernych.

A przecież katolickie pismo nie może ulegać wszech oganiającej nienawiści wobec innego, nie tylko ma się upominać o krzywdzonych, o ofiary wojny i nędzy, o uchodźców, o dyskryminowanych z powodu rasy, orientacji seksualnej czy niepełnosprawności, ale także mamy odpuszczać naszym winowajcom, co nie znaczy, że  przez palce patrzeć na ich winy. Zwalczać zło, a nie niszczyć człowieka. Przynajmniej dążyć do tego, bo mało kto tak potrafi.

Ksiądz Adam Boniecki wygłasza wykład po nadaniu mu doktoratu honorowego UŁ

Ksiądz Adam Boniecki wygłasza wykład po nadaniu mu doktoratu honorowego UŁ

Fot. Maciej Andrzejewski

Dziennikarzbez nieprzyjaciół, który nikomu nie przeszkadza, którego życie nie jest pełne kłopotów(…) bardzo rzadko jest dobrym dziennikarzem (…) Jeśli dziennikarzowi czy dziennikarce wszystko idzie gładko, bardzo rzadko jest dobrym dziennikarzem (Oriana Fallaci) [i]

Obiektywizm

Od katolickiego pisma, od katolickiego dziennikarza słusznie się

oczekuje ukazywania pięknej twarzy Kościoła, reagowania na fałszywe oskarżenia i niesprawiedliwe ataki.

Czy jednak ciemne strony tego, co ludzkie w Kościele katolickim dziennikarz ma omijać? Czy katolickie pismo ma zostawiać pisanie o nich ludziom Kościołowi i wierze niechętnym? Czy zawsze, za wszelką cenę ma wszystkiego bronić?

Jakże musieli być zaskoczeni ci, którzy tak myślą, kiedy usłyszeli słowa kardynała prefekta Kongregacji Nauki Wiary, wkrótce potem papieża Benedykta XVI: ile Chrystus musi wycierpieć w swoim Kościele (…) Ileż razy czcimy samych siebie, nie biorąc Go nawet pod uwagę!(…) Ileż razy Jego słowo jest wypaczane i nadużywane! ileż pustych słów! Ile brudu jest w Kościele,i to właśnie wśród tych, którzy poprzez kapłaństwo powinni należeć całkowicie do Niego! Ileż pychy i samouwielbienia!

Naszym zadaniem jest informowanie i budzenie politycznej świadomości ludzi. Tej świadomości, którą władza zawsze stara się uśpić (Oriana Fallaci). Nie wiem czy usiłowanie zaradzenia złu (w Kościele) zanim się o nim napisze (na przykład poprzez zainteresowanie sprawą właściwych przełożonych)jest błędem w sztuce. Wiem jednak, że jeśli inne sposoby zawiodą, od użycia tego środka, którym są media żaden, więc także katolicki dziennikarz nie może się uchylać.

Wolność słowa

Jeśli z jednej strony minął okres ingerencji pochodzących z totalitaryzmu politycznego, to czy może z drugiej strony nie jest prawdą, że dziś często na świecie korzystanie z rozumu i badania naukowe muszą – w sposób subtelny, a niekiedy wcale niesubtelny – ulegać naciskom grup interesów ideologicznych i odwoływać się do celów utylitarnych i krótkoterminowych lub tylko pragmatycznych? Co może się wydarzyć, gdy nasza kultura będzie budować samą siebie jedynie na modnych argumentach, z niewielkim odniesieniem do oryginalnej historycznej tradycji intelektualnej, czy też na przekonaniach, z wielkim hałasem propagowanych i szczodrze finansowanych [ii]

W wolności często nieco pustej i bez wartości, na nowo trzeba uznać że wolność i dobro, wolność i prawda idą razem. Inaczej niszczy się także wolność.



i - Cytaty Oriany Fallaci pochodzą z książki Tylko ja mogę napisać swoją historię, str. 174,175
ii - Przemówienie Benedykta XVI, wygłoszone 27 września 2009 r., podczas spotkania z przedstawicielami czeskiego świata akademickiego

(tytuł tekstu pochodzi od redakcji)