Pociągiem nie kierują pasażerowie

20-05-2015

Wybitny językoznawca, członek rzeczywisty Polskiej Akademii Nauk, jeden z założycieli Wydziału Filologicznego Uniwersytetu Łódzkiego. Profesor Karol Dejna poprzez swoją działalność naukową, organizacyjną i dydaktyczną zapisał się w pamięci wielu pokoleń, nie tylko zresztą filologów. W celu przybliżenia jego postaci w siedemdziesiątą rocznicę powstania uczelni Kronika rozmawia z jednym z uczniów tego znakomitego naukowca prof. Markiem Cybulskim z Katedry Historii Języka Polskiego UŁ.

 

Fot.: z prywatnego archiwum Marka Cybulskiego

Jak poznał pan profesora Karola Dejnę?

 – Jako student trzeciego roku podczas jego wykładu. A trzeba przyznać, że profesor Dejna prowadził bardzo porządne wykłady, na które chodziły tłumy i to raczej nie z powodu zainteresowania tematyką, ale dlatego, że na ich podstawie można się było dobrze przygotować do egzaminu. Profesor miał taki zwyczaj, nie wiem skąd przejęty, może ze Lwowa, w którym studiował, że wszystko powtarzał trzy razy, dobitnie, powoli, a niektórzy studenci naiwnie zapisywali to również trzy razy, zanim się zastanowili. Potem jeszcze raz chodziłem na wykład do profesora Dejny, już dla specjalizacji językoznawczej i wówczas uderzyło mnie to, że mówił z kolei bardzo szybko i nic nie powtarzał.

Jak więc widać, stosował rozmaite metody, w zależności od tego, do kogo kierował swoje słowa. Wykłady profesora Dejny były oryginalne, nie przepisywał ich skądś, tylko opierał na własnej koncepcji i na wynikach prowadzonych przez siebie badań. A pracował wtedy nad Dialektami polskimi, swoim najbardziej chyba znanym dziełem wydanym w 1974 roku. Właśnie w tej książce wyłożył własną koncepcję genezy i ewolucji języka polskiego oraz polskich dialektów i gwar.

Na wykładach panów znajomość jednak się nie skończyła.

– Nie. Byłem potem seminarzystą profesora Dejny i prawdę mówiąc, niewiele z tego seminarium pamiętam, bo profesor nie prowadził go w sposób jakoś pedantycznie zaplanowany. Ciekawe były jego dygresje na tematy rozmaite, ale zawsze związane z przedmiotem seminarium. Czasem przygodnie coś opowiedział o dawnych czasach, ale nie należał do tych, których można było wyciągnąć na osobiste zwierzenia. Traktował seminarzystów w sposób poważny o tyle, że dużo od nich wymagał i bardzo dokładnie zapamiętywał ustalenia dotyczące terminu i sposobu realizacji konkretnego zadania. Gniewał się, gdy nie widział systematyczności w pracy.

Z kolei profesor niezwykle się cieszył, kiedy ktoś wystąpił na seminarium z czymś oryginalnym. Jedna studentka spytała pewnego razu: Panie profesorze, a jeśli w gwarach północnomazowieckich mówi się na przykład „matkia”, to k miękkie jest tam fonemem?. Profesor był zadowolony, że studentka zauważyła taki problem. Jak się jednak okazało, sama na to nie wpadła, a sprawę podchwyciła z zajęć, podczas których nawet prowadzący nie potrafił rozstrzygnąć tej kwestii. Podobnie działo się, jeśli któryś z uczniów profesora, wskazywał, że może warto byłoby na coś spojrzeć z jakiegoś metodologicznego punktu widzenia. Dejna zawsze się bardzo na to rozpromieniał.

Jeżeli chodzi o pracę nad magisterium, był to ciężki dla mnie okres, bo przyjąłem zwyczaj pisania po nocach, cud, że w ogóle napisałem. Nigdy więcej czegoś takiego nie robiłem. Przyniosłem profesorowi gotowy tekst w rękopisie, no i miał on do mnie tylko jedną uwagę, a mianowicie polecił mi zanieść pracę do introligatora, żeby ten równo przyciął kartki.

 Profesor Dejna był również promotorem pana doktoratu.

–  Tak, zresztą już na początku roku akademickiego zaproponował mi problem, którym mógłbym się zająć, zapytał mnie o zdanie, a ja z chęcią przyjąłem tę propozycję, bo temat bardzo mi się spodobał, choć był on trudny do wykonania, szczególnie na początkowym etapie, kiedy musiałem się wczytać w rękopisy tekstów staropolskich szesnasto- i siedemnastowiecznych. Pracę napisałem w zasadzie bez pomocy profesora, z początku nawet odpowiadał mi na pewne pytania, ale widać było, że zajmował się jakimiś ważniejszymi sprawami i wolał, by nie zawracać mu głowy. Dlatego też w zasadzie dał mi wolną rękę, nie wpływał na to, co robiłem. Pod sam koniec musiałem go jednak spytać o pewne poważne sprawy. I tak jak miał w zwyczaju, odpowiedział dość niewyraźnie, i nie mam tu na myśli dykcji, ale treść. Jednak po tygodniu zaczepił mnie gdzieś na schodach i dokładnie wyjaśnił, co mam robić. Profesor był takim człowiekiem, który nic pochopnie nie mówił, tylko musiał się zastanowić, nawet nad drobnymi sprawami. Miał naturę refleksyjną, co w moim przekonaniu stanowi u nas niewątpliwą rzadkość.

Tak samo było w jego pracach naukowych, które wykonywał bardzo sprawnie. Miał z góry przemyślaną metodę i wiedział, jak się wziąć do pracy. Odrzucał rozmaite możliwości, które nie dawały mu szybkich rezultatów. A trzeba dodać, że pracował dosyć krótko. Przychodził na uczelnię zawsze o dziewiątej, wychodził o pierwszej-drugiej, ale za to bywał codziennie. Jak pracował w domu, nie wiem.

Jak w takim razie wyglądała przyjęta przez niego metoda badawcza?

– Profesor nawiązywał do strukturalizmu szkoły praskiej i tego się trzymał przez całe życie. Robił to nie dlatego, że uważał tę metodologię za jedynie właściwą, ale sądził, że jest wystarczająco skutecznym narzędziem do opisu materiału, który badał, czyli gwar słowiańskich. Mimo to, na przykład, Stanisław Gogolewski napisał pod jego promotorstwem pracę doktorską z dialektologii bałkańskiej, stosując inną terminologię niż praska – i promotor nie miał nic przeciwko temu.

Dejna przed wojną studiował slawistykę we Lwowie i tam właśnie zaczął pracę nad gwarami ukraińskimi. Po 1945 roku napisał dużą monografię o gwarach laskich na pograniczu polsko-czeskim i była to praca bardzo nowoczesna. Dowodziła ona, że systemy językowe gwar można ująć tak samo ściśle jak system języka literackiego – a nie wszyscy byli wówczas o tym przekonani. Konsekwentnie strukturalne ujęcie to była wtedy nowość w polskim językoznawstwie, szczególnie w dialektologii. Profesor Dejna przez całe życie badał prawie tylko dialekty. Doszedł bowiem do wniosku, że należy je opisać, dopóki one jeszcze istnieją. W swoich Dialektach polskich pokazał sto wybranych innowacji, dzięki którym polski język etniczny wyłonił się z niezróżnicowanego podłoża prasłowiańskiego w całym swym bogactwie odmian terytorialnych i wygląda tak a nie inaczej na tle innych języków słowiańskich. Jest to dość trudna monografia, ale dzięki jasnemu układowi może być traktowana jako podręcznik. Potem zaprojektował i wydał, między innymi, czterotomowy Atlas gwar polskich. Współpracownikiem w tym dziele był jego uczeń, profesor Sławomir Gala, który następnie objął katedrę dialektologiczną.

O tym, że profesor Dejna dbał o obiektywizm wyników, świadczy chociażby fakt, iż nigdy nie opisał gwary swojej wsi rodzinnej, a pochodził z okolic Tarnopola na Podolu. Profesor w konkretnej wsi wybierał tylko jednego informatora. Starał się zbadać najdawniejszy stan gwary, który zachował się u najstarszych ludzi, najlepiej niepiśmiennych, jeśli jeszcze tacy się trafiali. Siebie jako własnego informatora nie dopuszczał. Uważał, że byłby to błąd metodologiczny. Świadomie pomijał to, że mieszkają w danej wsi ludzie w różnym stopniu znający gwarę i różnie ją realizujący.

 A jak to się stało, że profesor Dejna trafił z Lwowa do Łodzi?

– Przestał istnieć uniwersytet polski we Lwowie i tamtejsza kadra przeniosła się, a raczej została przesiedlona, na zachód a on akurat trafił do Łodzi. Dlaczego tutaj? Tego nie wiem. Wiem natomiast, że po paru latach starał się o przeniesienie do Krakowa, ale nie uzyskał zgody ministra. Ostatecznie profesor Dejna pracował na Uniwersytecie Łódzkim od 1945 do 2004 roku, czyli do samej śmierci, choć na emeryturę odszedł w roku 1991.

Kto oprócz pana i wspomnianego już profesora Sławomira Gali znajduje się w gronie wychowanków profesora Dejny?

– Uczniów miał tutaj bardzo wielu. Jego doktorami byli późniejsi profesorowie, między innymi, profesor Maria Kamińska, profesor Anna Strokowska, profesor Stanisław Gogolewski, profesor Grażyna Habrajska. Ja jestem ostatnim pracującym jeszcze na polonistyce łódzkiej doktorem Dejny. Profesor Irena Jaros, obecnie kierująca Katedrą Dialektologii Polskiej i Logopedii, to już następne pokolenie: uczennica Gali, ucznia Dejny. Prace profesora Dejny pod każdym względem kontynuował przede wszystkim właśnie Sławomir Gala, który pomagał mistrzowi również prywatnie, opiekował się nim, gdy starość już go osłabiła. Chociaż trzeba przyznać, że profesor Dejna był bardzo silny fizycznie i chyba nigdy nie chorował.

Niemal do końca życia codziennie pokonywał trzy piętra w budynku Wydziału Filologicznego, by dostać się do swojego gabinetu. Kiedy byłem jeszcze studentem i robiłem pracę magisterską, musiałem korzystać z czytnika mikrofilmów. Znajdował się on w gabinecie profesora i Dejna zastanawiał się, gdzie mógłbym siadywać z tym mikrofilmem, żeby mu nie przeszkadzać. A trzeba powiedzieć, że sam czytnik, w obudowie z dębowego drewna, był bardzo ciężki. Teraz już takich nie ma. Profesor Dejna wpadł na pomysł, że powinniśmy go przenieść piętro wyżej i nie czekając na mnie, sam wziął ten czytnik i zaniósł go na górę. A miał wtedy już swoje lata. Kiedy przyjmował mnie do pracy, to pierwsze pytanie, które mi zadał, było takie: A zdrowie pan ma?.

Jak w takim razie wyglądały relacje profesora z pracownikami?

– Profesor Dejna był na ogół łagodnym człowiekiem, ale zdarzało się mu ostro reagować. Potrafił powiedzieć bez ogródek, prosto w oczy: No, z panią się już rozstaniemy. A szło na, przykład, o nieporozumienia natury metodologicznej, nigdy zaś o jakieś animozje personalne. W takich wypadkach nie pomagały żadne prawne wykręty. Profesor Dejna potrafił i tak dopiąć swego.

Z zadowoleniem przyjmował nowe publikacje ze swej dziedziny, ale w krytyce był nieraz ostry i czuło się, że ma rację. Dostawał rozmaite książki od różnych osób, przynosił je na seminarium magisterskie i na cudzych błędach uczył nas, jak można wzbogacić interpretację, gdy widział, że jest zbyt uproszczona, zbyt płytka.

 A jaki był stosunek profesora Dejny do studentów?

– Jeżeli chodzi o egzamin u niego, to wyglądał on w ten sposób, że profesor siedział nad swoimi fiszkami, zresztą robił to bez przerwy – jak wiadomo, nie było wtedy jeszcze komputerów. Przekładał sobie te fiszki, coś zapisywał i pytał jednocześnie. Zawsze był mile uśmiechnięty, przy czym studenci bali się tego uśmiechu. Jeden z doktorów uprzedzał nas nawet, żeby uważać, bo profesor Dejna mówi: Tak, tak, tak, a potem dwóję stawia. Przekonałem się jednak, i inni też się przekonywali, że na egzaminie aż tak źle nie było.

W relacjach ze studentami profesor powoływał się często na takie powiedzonko, że jak pociągiem nie kierują pasażerowie, tak samo studenci nie powinni decydować o uniwersytecie. Studenci się na to dość mocno obrażali, mówili: Pan profesor nas uważa za pasażerów?, na co odpowiadał: Nie, ja tylko porównuję. Dejna był przeciwny pajdokracji, a to się zdarzało przecież za jego czasów, choćby w roku 1980, kiedy studenci weszli do rad wydziałów i różnie się w nich zachowywali.

 Czy profesor jakoś angażował się w sprawy polityczne?

Prof. Karol Dejna (pierwszy z lewej) ze swoimi współpracownikami

Fot.: z prywatnego archiwum Marka Cybulskiego

– Dejna uważał, że politycy nie powinni zawracać mu głowy i starał się zneutralizować ewentualne szkody przez nich wyrządzane. W tamtych czasach na przykład organizowano odczyty polityczne dla całego wydziału. Podczas jednego z takich wykładów, Janusza Górskiego, rektora Uniwersytetu Łódzkiego, działacza partyjnego, późniejszego ministra, Dejna jako pierwszy zabrał głos w dyskusji i powiedział: Bardzo dziękujemy panu rektorowi, studenci mówią, że ta ekonomia polityczna jest taka nudna, ale jak pan rektor mówi, to okazuje się, że to jest bardzo interesujące. Chciał spokojnie pracować i zapewnić spokój swoim pracownikom. Dlatego też nie angażował się w żadną działalność opozycyjną i w ogóle polityczną, ale też nigdy nie miał nic przeciwko tym, którzy się w taką działalność angażowali. Wbrew temu, co niegdyś obowiązywało, nigdy nie oceniał pracowników według kryteriów politycznych. Liczył się dla niego tylko talent i sprawność w pracy naukowej i dydaktycznej.

Znał swoją wartość i nie ulegał naciskom politycznym, ale trzeba też przyznać, że był ostrożny, co wyniósł pewnie jeszcze z okresu wojny i tuż powojennego.

Poza zajmowaniem się sprawami naukowymi profesor Dejna pełnił również funkcje organizacyjne.

– Tak, był między innymi, organizatorem Wydziału Filologicznego, kiedy ten powstawał poprzez oddzielenie się od Wydziału Humanistycznego. Zazwyczaj uważa się go za pierwszego dziekana, choć tak naprawdę zajmował się głównie organizowaniem pracy w tej nowej jednostce. Przez jedną kadencję był też prorektorem, wiele lat pełnił funkcję kierownika katedry i wicedyrektora Instytutu Filologii Polskiej. Działał również poza uniwersytetem, był członkiem rzeczywistym Polskiej Akademii Nauk chyba jako jedyna jak dotąd osoba z naszego wydziału.

Wydziałowa inauguracja roku akademickiego 1997/1998; na zdjęciu z lewej: prof. Karol Dejna, prof. Marek Cybulski (wówczas dziekan wydziału), prof. Elżbieta Umińska-Tytoń (prodziekan)

Fot.: z prywatnego archiwum Marka Cybulskiego

 Profesor Karol Dejna stworzył także łódzką szkołę dialektologiczną, rozwijaną następnie przez profesora Sławomira Galę.

– Niewątpliwie tak. Cały czas zresztą powtarza się, że profesor Dejna miał bardzo silną pozycję w środowisku naukowym. Kiedy jeszcze jako całkiem młody człowiek brałem udział w konferencjach naukowych, zauważałem, że na wieść o tym, iż jestem od profesora Dejny, w oczach rozmówców pojawiało się od razu zainteresowanie. Podczas jednej z konferencji organizatorzy poprosili gości, by powiedzieć o tym, nad czym się pracuje w poszczególnych ośrodkach. Ja też to zrobiłem i w momencie, kiedy zacząłem mówić o projektach profesora Dejny, wszyscy natychmiast zaczęli notować.

Szkoła dialektologiczna stworzona przez profesora Dejnę niewątpliwie nadal funkcjonuje. Chociaż i on, i profesor Gala zdawali sobie sprawę z tego, że kiedyś straci ona przedmiot badań, to jednak dialekty wciąż istnieją, a specjalistom wiadomo, co jest tam jeszcze do zbadania. Łódzka szkoła ma charakterystyczny rys, a mianowicie ujęcie diachroniczne, historyczne, to znaczy nie poprzestaje na zwykłym opisie tego, jak gwary teraz wyglądają, tylko bada się ponadto, jak doszło do obecnego stanu, jakie zachodziły innowacje i w jakie one wchodziły układy w przestrzeni i w czasie. Na tej podstawie ustala się między innymi, na czym polega ewolucja naszego języka. Uczniowie Dejny łączą więc badania czysto opisowe z historycznymi.

Takie podejście wprowadził właśnie profesor Dejna i to dzięki niemu dialektologia na Uniwersytecie Łódzkim ma silną pozycję, choć sama Katedra Dialektologii Polskiej i Logopedii obecnie zmierza w nieco już innym kierunku – zawodowym. I chyba nie do końca byłoby to po myśli profesora Dejna, który zawsze sprzeciwiał się zawodowemu charakterowi uniwersytetu. Uważał, że trzeba umożliwić studentom wykształcenie zawodowe, jeżeli oni tego chcą, poprzez rozmaite kursy, ale kierunki studiów powinny być bliskie dyscyplinom naukowym.

Rozmawiała: Paulina Czarnek