Jesteśmy rozpoznawalni w skali międzynarodowej

19-05-2015

Kronika rozmawia z prof. Włodzimierzem Nykielem, rektorem Uniwersytetu Łódzkiego

Panie rektorze, zbliżający się jubileusz siedemdziesięciolecia Uniwersytetu Łódzkiego skłania do podsumowań, historycznych refleksji i snucia rozważań co do przyszłości uczelni. Tego rodzaju przemyślenia znalazły już niejednokrotnie wyraz, zarówno w opracowaniach uczelnianych badaczy, jak i publicznych wypowiedziach pana rektora, do czego chciałbym jeszcze wrócić. Proponuję jednak abyśmy na początku naszej rozmowy skoncentrowali się bardziej na osobistych odczuciach i wspomnieniach pana jako studenta, pracownika naukowego uniwersytetu, prodziekana, dziekana i wreszcie rektora UŁ; słowem: czym był i czym jest dla pana nasz uniwersytet? Mówię nasz, bo również jestem jego absolwentem.

Fot.: Sebastian Buzar

   –  Zacząłem studiować w roku 1969. Studia prawnicze trwały wówczas cztery lata. Były one bardzo trudne z tego powodu, że olbrzymi zasób wiedzy, który dziś oferowany jest słuchaczom w okresie studiów pięcioletnich, wtedy był przekazywany w czasie o rok krótszym. Miałem okazję słuchać wielu wspaniałych wykładów i trzeba powiedzieć, że zakres takiej faktycznej wolności, z jakiego korzystali wykładowcy, był większy niż zakres tego, co można było publikować w tym czasie. Na zajęciach słyszeliśmy zatem więcej i byliśmy świadkami wypowiedzi bardziej swobodnych niż mogliśmy przeczytać w rozmaitych podręcznikach czy innych publikacjach, które jak wiadomo, podlegały cenzurze. Dotyczyło to również okresu, w którym już  byłem pracownikiem uniwersytetu. Pamiętam, na przykład, gdy mojemu koledze cenzura wykreśliła zwrot inflacja przepisów prawnych. On napisał o inflacji tych właśnie przepisów, a jak wiadomo w ówczesnej Polsce nie mogło być żadnej inflacji.

   W latach siedemdziesiątych korzystną zmianą było rozszerzenie się kontaktów zagranicznych, zwłaszcza z francuskimi uniwersytetami. Była także większa łatwość wyjeżdżania z kraju niż w latach sześćdziesiątych. Można było korzystać ze staży zagranicznych. Dzięki temu w latach 1978–1981 ukończyłem Międzynarodowy Fakultet Prawa Porównawczego na Uniwersytecie w Strasburgu. Czas stanu wojennego, kiedy to internowanych było wielu kolegów z UŁ, wspominam także jako okres zastoju naukowego.  To rzeczywiście był czas bardzo trudny. Wiedzieliśmy, że wyniki badań, niezbyt wygodnych dla ówczesnej władzy trafiały do szuflady. Z drugiej jednak strony  koniec lat sześćdziesiątych i początek dekady lat siedemdziesiątych był okresem mojej młodości i z tego punktu widzenia to był czas piękny. Jak mówił mi jeden z czołowych działaczy opozycji:  –  Włodek za komuny było lepiej, bo na trzecie piętro wchodziłem bez zadyszki. – To był też okres studenckich rozrywek, wspaniałych wyjazdów wakacyjnych, wspólnego przygotowywania się do egzaminów z koleżankami i kolegami z uczelni.  

  Prodziekanem i dziekanem już byłem w latach dziewięćdziesiątych, w których zmieniła się sytuacja polityczna, a jednocześnie uniwersytet  coraz pełniej zaczął korzystać ze swej samodzielności. Na dużą skalę rozwinęły się studia niestacjonarne. Podjęto pierwsze przedsięwzięcia inwestycyjne w okresie sprawowania najwyższego urzędu na uniwersytecie przez profesora Michała Seweryńskiego, w latach 1990–1996. Od roku 1994 byłem prodziekanem, a od 1996 do 2002 dziekanem Wydziału Prawa i Administracji, gdy rektorem UŁ był profesor Stanisław Liszewski. Dla mojego wydziału był to czas szczególny. Wówczas bowiem powstały: nowe siedziby dziekanatu i biblioteki, którą budowała wcześniej, jako dziekan, profesor Biruta Lewaszkiewicz-Petrykowska.

Po roku 1989 zarówno studenci, jak i pracownicy byliśmy świadkami dynamicznego rozwoju uniwersytetu, co było widoczne na kilku płaszczyznach: po pierwsze zwiększała się liczba słuchaczy, po drugie pojawiały się nowe gmachy uczelniane. Ponadto rosła liczba pracowników. Zmiany te były również widoczne dla łodzian.

  Przypuszczam,  że miał pan jeszcze okazję uczestniczyć w wykładach, seminariach, ćwiczeniach lub innych zajęciach prowadzonych przez twórców uczelni, zwanych niekiedy ojcami założycielami uniwersytetu. Jak ich pan wspomina z obecnej perspektywy, którzy z nich najbardziej zapisali się w pańskiej pamięci?

 –  Rzeczywiście, podczas studiów miałem to szczęście, że mogłem uczestniczyć w zajęciach prowadzonych przez wielkie postacie naszej uczelni. Wspominam to jako niezwykłą przygodę intelektualną, a także kontakt ze wspaniałymi ludźmi. Myślę tu, między innymi, o profesorze Jerzym Wróblewskim, do którego uczęszczałem na wykłady i seminarium, a także o profesorze Adamie Szpunarze, z którym miałem wykłady, jak również  profesorze Wacławie Szubercie. Uczestniczyłem również w wykładach z logiki profesora Jana Gregorowicza, ucznia profesora Tadeusza Kotrabińskiego. Na myśl przychodzi mi też profesor Jan Waszczyński z prawa karnego. Bardzo dobrze wspominam profesor Natalię Gajl, która mnie zatrudniła w Katedrze Prawa Finansowego. Pamiętam, że powierzyła mi opiekę nad gośćmi zagranicznymi zapraszanymi przez uniwersytet. W ten sposób miałem okazję spotkać się z wieloma wybitnymi profesorami zagranicznymi. Rektora Sorbony poznałem wcześniej niż rektora Uniwersytetu Łódzkiego.

Jak pan rektor wspomina okres studiów, swoich kolegów i przyjaciół? Jak się wówczas w środowisku akademickim spędzało czas wolny od zajęć i nauki?

 – Wiele przyjaźni nawiązanych podczas studiów trwa do dziś. Na jednym roku byłem, na przykład, z profesorem Janem Pawłem Tarno, z doktorem Krzysztofem Kocelem. Nasz rok dał wielu pracowników  uniwersytetowi.

Spędzanie czasu wolnego od zajęć i nauki niosło ze sobą wiele możliwości, począwszy od sportu, na przykład, gry w tenisa poprzez bardzo wtedy popularną grę w brydża aż po odwiedzanie klubów studenckich, w których królowały muzyka i tańce. Oprócz tego pamiętam jeszcze, że w tym samym gronie, co roku wyjeżdżaliśmy na wakacje. Poruszaliśmy się syrenką, której użyczał mój tata, a ja byłem jednym z jej kierowców. Nie był to najbardziej niezawodny samochód, ale nam podczas wakacji jakoś sprawował się dobrze; w każdym bądź razie nie psuł się. Pamiętam, że mistrzem pakowania bagażnika tego auta był Paweł Tarno. A zabieraliśmy ze sobą niemal wszystko, między innymi, kilka namiotów, materace. I mimo, iż mieliśmy jeszcze bagażnik na dachu syrenki, bywało, że pasażer na prawym przednim fotelu musiał trzymać nogi… w misce, która już nie miała innego miejsca w przeładowanym aucie.

Studia na uniwersytecie miał też dla mnie jeszcze inny wymiar, o dużym znaczeniu dla całego mojego późniejszego życia. Poznałem bowiem wówczas przyszłą żonę. Pobraliśmy się tuż po zakończeniu studiów, które często z wielkim sentymentem wspominamy.

Z takich różnych akademickich zabaw przypominam sobie studencki rajd samochodowy, na którym jechaliśmy syrenką mojego ojca. Na jednym z odcinków specjalnych zająłem nawet drugie miejsce. Podczas tego rajdu jego uczestnicy musieli być poprzebierani. Załoga mojej syrenki postanowiła więc wystąpić… w piżamach, co miało jednak późniejsze nieoczekiwane konsekwencje. Otóż w pewnym momencie uszkodzeniu uległa gumowa rura łącząca silnik z chłodnicą w rezultacie czego wyciekła z niej woda. Awarię usunęliśmy taśmą klejącą, należało jednak napełnić pustą już chłodnicę w najbliższym bloku. Trzeba było widzieć zdumioną minę właściciela mieszkania, gdy zobaczył w niedzielę o godzinie jedenastej u siebie w domu dziwnych ludzi w piżamach… proszących o wodę.

Okres pobytu pana na uczelni, tak, jak poprzednich pokoleń studentów, obfitował zapewne w różnego rodzaju anegdoty, latami narosłe legendy, które związane były z ówczesnym życiem akademickim, osobami uniwersyteckich wykładowców, może szkoleniem w Studium Wojskowym i pobytem na obozie w prawdziwej jednostce wojskowej? Nawiązując do tego szkolenia; nie było ono – najdelikatniej rzecz ujmując –  ulubionym zajęciem studentów, zwłaszcza, że niezaliczenie go, na każdym etapie studiów, kończyło się najczęściej obowiązkowym powołaniem do zasadniczej służby wojskowej. A wtedy żegnaj uczelnio; przynajmniej na dwa lata, a przypadku Marynarki Wojennej nawet na trzy! Wszyscy na szkolenie wojskowe psioczyli więc ile wlezie, zresztą inaczej nawet nie wypadało, by nie narazić się ostracyzm koleżeński. Jednakże, wraz z upływem czasu, uczelniane wojo, wspólnie wylany pot na poligonach jednostek wojskowych wspomina się najczęściej z coraz większym sentymentem, jako swego rodzaju męską przygodę i bardziej może docenia nabyte wówczas życiowe doświadczenia i zawarte przyjaźnie…

– Pamiętam, że zajęcia w Studium Wojskowym mieliśmy w czwartek, obowiązkowo ubrani w mundur. Miałem to szczęście, że spotkałem się tam z porządnymi ludźmi, przyzwoitymi oficerami. Opiekunem naszej kompanii prawników był major Bocian, który miał złote serce i nas studentów nawet lubił. Znam oczywiście wiele anegdot i historyjek związanych ze Studium Wojskowym, ale chciałbym opowiedzieć jedną, której narodzin sam byłem świadkiem. Otóż mieliśmy ćwiczenia terenowe na łódzkim Lublinku. Zawieziono nas tam samochodem ciężarowym, a dowodzący nami oficer podczas zbiórki w dwuszeregu powiedział:  –  Orientuję w terenie; na lewo oczyszczalnia ścieków, na prawo wieś Chachuły, przed nami lasek… – i tu widocznie zapomniał jego nazwę, bo wyciągnął z kieszeni jakieś notatki i dalej z nich coś po cichu czytał i czytał, aż wreszcie któryś z kolegów rzucił:  – Lasek Buloński. – Na to oficer: – Może on i Buloński, ale ja mam tu na pisane; lasek na Lublinku.

   Ja nie miałem obozu wojskowego, bo byłem w tym przejściowym okresie kiedy już się kwalifikowałem na rok do wojska, ale ponieważ w tym czasie byłem również studentem filozofii,  w ogóle nie trafiłem do wojska

  Od roku 1945 uczelnia przebyła długą i nie zawsze najłatwiejszą drogę. W latach minionych jedną z największych bolączek uniwersytetu była jego baza lokalowa. Uczelnia na początku otrzymała bowiem od miasta ponad osiemdziesiąt starych budynków, często pofabrycznych obiektów, zupełnie nieprzystosowanych do potrzeb naukowo-dydaktycznych uczelni akademickiej. Warto więc przypomnieć, jak to wygląda obecnie?

– W ostatnich kilkunastu latach sytuacja w tej dziedzinie uległa istotnej zmianie. Można powiedzieć, że do całkowitej modernizacji naszego zaplecza badawczego i dydaktycznego dobrze wykorzystaliśmy pomyślną koniunkturę  finansową w szkolnictwie wyższym, a także środki unijne. Postawiliśmy nowe gmachy wydziałów: Zarządzania, Prawa i Administracji, Filologicznego. Udało nam się zmodernizować i wyremontować budynki: Wydziału Ekonomiczno-Socjologicznego; geografii, biologii, chemii i fizyki. Po remoncie są siedziby: Instytutu Historii, Wydziału Studiów Międzynarodowych i Politologicznych, Instytutu Psychologii. Mamy piękny kompleks budynków pedagogów. Modernizacja i remonty kolejnych obiektów uniwersyteckich sprawią, że w najbliższym czasie zapewnimy godne warunki socjalno-bytowe politologom, filozofom i archeologom.

To wszystko sprawia, że jeśli chodzi o zaplecze lokalowe, większość studentów i pracowników ma naprawdę dobrą sytuację, a pozostali mieć ją będę w najbliższych miesiącach. Opuściliśmy bardzo bliskie naszemu sercu gmachy, które zajmował Wydział Filologiczny, zwłaszcza ten przy alei Kościuszki. Mimo wielkiego znaczenia historycznego (słynny strajk studencki w roku 1981) i sentymentu, jaki do tego budynku żywimy, nie spełniał już on współczesnych wymogów stawianych przez nowoczesną dydaktykę. Dziś filolodzy i kulturoznawcy mogą studiować i pracować w jednym z najładniejszych gmachów akademickich w Polsce. To, że są razem sprzyja, jak sądzę, ich integracji. Dostrzegamy jej pierwsze symptomy, między innymi,  podczas wspólnie podejmowanych i realizowanych inicjatyw. Nowe budynki mają i tę zaletę, że są tańsze w utrzymaniu, co sprawia, że zaoszczędzone środki możemy przeznaczyć na cele badawcze. 

Panie rektorze, sądzę że siedemdziesięciolecie uczelni stanowi też znakomitą okazję do rozważań co do roli uniwersytetów i ich perspektyw we współczesnym świecie, o czym sporo obecnie się mówi i dyskutuje. Jak pan profesor widzi tę kwestię?

   –  Jesteśmy sygnatariuszem Magna Charta Universitatis  Observatory w Bolonii, specjalnego porozumienia uniwersytetów europejskich, które kilkanaście lat temu podpisały deklarację podkreślającą wartość autonomii świata uniwersyteckiego, badań naukowych i krytycyzmu. Myślę, że ciągle są one żywe i aktualne. Z drugiej strony rośnie świadomość konieczności jeszcze  szerszego otwarcia się na potrzeby społeczne, na oczekiwania młodego pokolenia pragnącego kariery w pracy zawodowej. Uniwersytet zawsze będzie pełnił rolę przestrzeni, w której będzie możliwe i jedno, i drugie. Wysoka jakość kształcenia uniwersyteckiego na pewno daje absolwentowi satysfakcję, gdy umożliwia mu dobre wykonywanie pracy zawodowej; jednocześnie stwarza płaszczyznę do pogłębionej refleksji, chwilowego zatrzymania się, stworzenia sieci osobistych kontaktów. Uczelnia typu uniwersyteckiego ma tu olbrzymią misję do spełnienia, zarówno w jednym, jak i drugim przypadku.

Z nowej wizji Strategii Uniwersytetu Łódzkiego wynika, że w najbliższych latach jednym z nadrzędnych celów uczelni ma być jej wysoka pozycja naukowa. O ile dobrze pamiętam, w któryś z publicznych wystąpień, wspomniał nawet pan rektor o potrzebie przekształcania uniwersytetu z placówki dydaktyczno-naukowej na naukowo-dydaktyczną.

– Podstawowym problemem naszej uczelni jest fakt niewykorzystywania jej potencjału naukowego w stopniu nas zadawalającym. Uwidacznia się to zwłaszcza w rankingach, które porównują potencjał badawczy i efektywność naukową. Mamy bardzo dobrą kadrę, mamy odpowiednie warunki, a mimo to w porównaniu z innymi uniwersytetami polskimi wypadamy nie najlepiej. Szóste-ósme miejsce wśród krajowych uniwersytetów, gdy chodzi o efektywność naukową, to nie są pozycje, które by nas satysfakcjonowały. Przyczyn tego stanu rzeczy jest wiele. Jedną z nich, być może stanowi fakt, iż przez ostatnich  kilkanaście lat byliśmy skupieni na dydaktyce. W wielu dziedzinach wypracowaliśmy sobie znakomitą opinię, co dziś procentuje tym, że mimo niżu demograficznego o przyjęcie na związane z nimi kierunki studiów ubiega się wciąż wielu kandydatów. Spowodowało to jednak odejście od pracy naukowej niektórych nauczycieli akademickich, albo – co najmniej – zmniejszyło ich aktywność w działalności badawczej.

Uniwersytet musi jednak  badania prowadzić, publikować ich wyniki, brać udział w wymianie naukowej z Europą i światem. Uczeni powinni mieć stały kontakt z innymi ośrodkami, a nawet rywalizować z nimi. To gwarantuje odpowiednią do naszych oczekiwań pozycję w świecie akademickim, także wiarygodność edukacyjną. Tylko wtedy, prowadzimy badania naukowe, dostrzegane i uznawane przez zewnętrzne instytucje oceniające, możemy kształcić młodych ludzi na poziomie uniwersyteckim. W przeciwnym razie zmienimy się w szkołę, w której studenci otrzymują wiedzę z kolejnej ręki, a nie będącą wynikiem własnych badań. Właściwe zatem rozłożenie akcentów pomaga nie tylko wspinać się po drabinie sukcesów badawczych, ale także przyciąga do nas najlepszych kandydatów na studia. Nie mamy więc wyjścia, musimy zrobić ten krok i wszelkimi możliwymi sposobami, przede wszystkim odpowiednim systemem motywacyjnym i systemem ocen pracowniczych, zachęcać naszych nauczycieli akademickich do większego zaangażowania w naukę. W takich warunkach, w jakich przychodzi nam tę działalność prowadzić; ze wszystkim mankamentami systemu oceny, parametryzacji i punktacji, na które tak bardzo narzekają uczeni.

Skoro inni potrafią w tych samych warunkach osiągać prawdziwe sukcesy, to my też powinniśmy. Przykład wielu uczonych pokazuje, że można. Jestem przekonany, że nasi następcy nie zejdą z tej drogi. Kryzys demograficzny i wiążące się z nim mniejsze obciążenia dydaktyczne nauczycieli akademickich będą do tego znakomitą okazją. Inaczej marnowalibyśmy czas.

Niezdanie egzaminów dojrzałości przez trzydzieści procent ubiegłorocznych  maturzystów spowodowało, że przez Polskę przetoczyła się fala gorących dyskusji łączących się z tą sprawą. Kwestia jest dość istotna bowiem matura, jaka by ona nie była, staje się automatycznie przepustką na studia. Niekiedy dominuje przy tym pogląd, że należałoby maturze przywrócić jej pierwotny charakter; nie wszyscy powinni ją zdawać, a jedynie ubiegający się o indeks wyższej uczelni. Pozostałym, po ukończeniu szkoły średniej, należałoby więc stwarzać jakieś szanse na zdobywanie kwalifikacji zawodowych. Wymagałoby to oczywiście reformy obecnego systemu kształcenia. Jakie stanowisko w tej kwestii zajmuje pan rektor?

    – Niezdanie, głównie matematyki przez kilkadziesiąt procent maturzystów, wynikało prawdopodobnie z niedoborów w nauczaniu na poziomie średnim, ale niezwykle ważne jest, by pamiętać, że uczenie się umiejętności komunikacyjnych to nie tylko język polski i języki obce, ale także język algorytmów, czyli również matematyka. Niedługo bez tego trzeciego elementu trudno będzie wyobrazić sobie świat.

Generalnie problem jest jednak złożony i trudno tutaj znaleźć jakieś jedno rozwiązanie; z jednej strony osiągnęliśmy skok cywilizacyjny, studiuje coraz więcej młodych ludzi, około czterdzieści-pięćdziesiąt procent każdego rocznika, co w sposób nieunikniony prowadzi do pewnego rodzaju ogólnego obniżenia poziomu kandydatów, oczywiście nie wszystkich. Z drugiej zaś strony matury zostały tak pomyślane by, na przykład, możliwe było możliwe ich zdawanie tylko w jakimś stopniu. Nie wiem czy gdyby ktoś miał pójść do lekarza w trzydziestu procentach, nie zawahałby się? Nikt jednak nie uważa za dziwne, że są maturzyści, którzy zdali na trzydzieści procent jakiś przedmiot maturalny. Kwalifikacje zawodowe są kluczem do wszystkiego, nie możemy o nich myśleć, jako o czymś gorszym. Musimy natomiast traktować je w sposób rozbudowany i z całą ich złożonością. Uniwersytety powinny bowiem kształcić zawodowo, ale to nie oznacza, że równocześnie powinny zrezygnować z tego, co stanowi o swoistości kształcenia uniwersyteckiego, co ułatwia zmiany już opanowanych dziedzin wiedzy i profesji. Współczesny rynek pracy zmienia się niezwykle dynamicznie i nikt nie może myśleć o przyszłym zawodzie jako nienaruszalnym czy niezmienianym przez dziesięciolecia.

Pogarszające się ostatnio wyniki egzaminów maturalnych i niż demograficzny w naturalny sposób mają wpływ na mniejszą liczbę kandydatów ubiegających się o przyjęcie na pierwszy rok studiów. Stanowi to poważne wyzwanie dla szkół wyższych bowiem wiąże się, między innymi, z mniejszą dotacją z budżetu. W jaki sposób zmierza poradzić sobie z tym problemem nasz uniwersytet, o ile oczywiście taka kwestia już się pojawiła?

– Zmniejszająca się liczba ewentualnych kandydatów na studia jest rzeczywiście dużym wyzwanie dla uczelni. Głównym tego powodem jest oczywiście niż demograficzny, który z roku na rok się pogłębia. To negatywne zjawisko trwać będzie jeszcze przez pięć-siedem lat. Również wyniki egzaminów maturalnych budzą coraz większy niepokój, rośnie bowiem odsetek młodzieży, która nie jest w stanie im sprostać. Ponadto zwiększa się  liczba młodych ludzi po szkole średniej wyjeżdżających poza granice kraju. Część z nich decyduje się na studia, część natomiast podejmuje tam pracę. Wszystko to skutkuje malejącą liczbą kandydatów na studia w Polsce, co przy ewidentnej nadwyżce podaży usług edukacyjnych wzmaga konkurencję między uczelniami.

Jest rzeczą oczywistą, iż spadek liczby słuchaczy na studiach stacjonarnych odbija się ujemnie na dotacji otrzymywanej z budżetu. Na szczęście, w przypadku naszej uczelni, spadek ten jest niewielki. W latach 2011–2014 liczba nowo przyjętych kandydatów na studia stacjonarne zmniejszyła się zaledwie o dziewięć procent. Znacznie gorszą sytuację mamy na studiach niestacjonarnych, co notabene jest charakterystyczne dla wszystkich uniwersytetów. W tym samym bowiem czasie liczba nowo przyjętych studentów zmniejszyła się o czterdzieści procent, co w określonej proporcji odbiło się niekorzystnie na przychodach z usług za kształcenie.

Pragnąc zminimalizować negatywne skutki niżu demograficznego i innych, wspomnianych już wcześniej  przyczyn malejącej liczby kandydatów na studia, uniwersytet podjął już wcześniej i nadal podejmuje działania, których celem jest: podnoszenie poziomu jakości kształcenia, między innymi, poprzez dostosowywanie programu studiów do standardów światowych, wykorzystywanie nowych technologii w procesie kształcenia, ocena prowadzonych zajęć przez studentów; powoływanie nowych kierunków studiów, atrakcyjnych z punktu widzenia przyszłego rynku pracy, na przykład, lingwistyka dla potrzeb biznesu, bankowość i finanse cyfrowe; obserwowanie losów zawodowych absolwentów i wsłuchiwanie się w ich opinie o studiach na Uniwersytecie  Łódzkim; zacieśnianie relacji z otoczeniem, włączanie wybitnych przedstawicieli biznesu i sfery publicznej do prowadzenia zajęć, konsultowanie z nimi programów kształcenia. Ponadto: umiędzynarodowianie studiów poprzez intensyfikację wzajemnej wymiany studentów z uczelniami zagranicznymi, a także oferowanie pełnych studiów obcokrajowcom, czemu sprzyja tworzenie kierunków prowadzonych w języku obcym, głównie angielskim; położenie nacisku na rozwój naukowy pracowników, co ma bezpośredni wpływ na jakość kształcenia  o czym już wcześniej szerzej mówiłem; tworzenia pozytywnego wizerunku uniwersytetu jako uczelni przyjaznej młodym ludziom, rodzinom wielodzietnym. Służy temu, między innymi, podjęta ostatnio uchwala Senatu UŁ o dwudziestopięcioprocentowej uldze w opłacie za studia przyznawanej posiadaczom Karty Dużej Rodziny.

Tutaj pojawia się też kolejny problem; kształcić na poziomie wyższym masowo czy też elitarnie, przy mniejszej oczywiście liczbie studentów, co i tak niejako wymuszają: niż demograficzny oraz coraz gorsze wyniki egzaminów maturalnych?

    – Uniwersytety w Polsce są z konieczności nastawione na kształcenie masowe. Nie ma od tego odwrotu, zjawiska ze świata cyfrowego, takie jak Massive Open Online Courses mogą jedynie pogłębić masowy charakter kształcenia uniwersyteckiego. Zaawansowana wiedza dziś jest dostępna niewyobrażalnej kiedyś liczbie studentów. Jednak z drugiej strony, łatwo sobie wyobrazić, że tak zwane klasyczne uniwersytety, uczelnie rezydencjalne, w których student jest poddawany oddziaływaniom i kształceniu przez dwadzieścia cztery godziny siedem dni w tygodniu, na przykład, w koledżach brytyjskich czy kampusach amerykańskich, będą także niezwykle atrakcyjne, choć na pewno nie tak masowe, może nawet elitarne. Zatem przyszłość może rysować się dychotomicznie: z jednej strony masowe kształcenie wyższe, z drugiej – wyższe kształcenie elitarne. Ale jedno i drugie, bo chyba żadne nie wyprze swojego konkurenta.  Można to sobie wyobrazić również na jednej uczelni.

Ostatni QS University Rankings: Emerging Europe and Central Asia, obejmującym rynki wschodzące Europy oraz Azji Centralnej, plasuje Uniwersytet Łódzki na zupełnie niezłym miejscu i w dobrym towarzystwie. Co to oznacza dla międzynarodowej pozycji uczelni?

– W rankingu tym znaleźliśmy się w pierwszej dziewięćdziesiątce uniwersytetów wschodzących rynków razem z Uniwersytetem Warszawskim, Uniwersytetem Jagiellońskim, Uniwersytetem Wrocławskim, Politechniką Warszawską i krakowską Akademią Górniczo-Hutniczą oraz Uniwersytetem w Gdańsku. Potwierdza to wysoką pozycję Uniwersytetu Łódzkiego w rankingach międzynarodowych, które są bardzo istotne dla naszego prestiżu – jesteśmy rozpoznawalni, istniejemy, działamy w skali międzynarodowej.

Coraz wyższy poziom umiędzynarodowienia uczelni staje się faktem. Nawiązywana współpraca naukowa i dydaktyczna z zagranicznymi ośrodkami akademickimi zaczyna przynosić efekty. Bardzo interesujące kontakty na tym polu nawiązane zostały z Chinami, a w ostatnim czasie z krajami Ameryki Południowej. Czy uniwersytet ma w tej dziedzinie przygotowaną jakąś długofalową politykę i w jakich kierunkach?

   W roku kalendarzowym 2014 na Uniwersytecie Łódzkim kształciło się tysiąc pięćset dwudziestu studentów zagranicznych. Na pełnych studiach pierwszego, drugiego i trzeciego stopnia oraz jednolitych magisterskich zdobywały wiedzę pięćset pięćdziesiąt dwie osoby; z programu ERASMUS korzystało sześciuset siedmiu słuchaczy, a z pozostałych programów: ERASMUS Mundus, Capmus Europae, CEPUS, DAAD i na podstawie umów bilateralnych z uczelniami  zagranicznymi jeszcze trzystu sześćdziesięciu jeden cudzoziemców. Na podstawie nowego programu Unii Europejskiej  ERASMUS PLUS (obejmującego również wybrane kraje pozaunijne) od minionego roku na Uniwersytet Łódzki przybywają studenci, głównie z Turcji, Hiszpanii, Portugalii, Francji, Niemiec, Włoch, Grecji i Rumunii.

  Wymiana studencka, będąca wynikiem umów bilateralnych, podpisanych między Uniwersytetem Łódzkim i uczelniami spoza Unii Europejskiej, cieszy się również bardzo dużym zainteresowaniem partnerów UŁ.  W ubiegłym roku kalendarzowym przyjęto dwustu siedemdziesięciu pięciu  studentów. Najwięcej spośród nich przybyło do Łodzi z Kazachstanu, Rosji, Ukrainy, Chin, Gruzji. Dla porównania, ze wspomnianych państw w roku 2013 mieliśmy stu, a jeszcze rok wcześniej zaledwie pięciu słuchaczy.

  W strategicznych przedsięwzięciach Uniwersytetu Łódzkiego porozumienia z uczelniami zagranicznymi stanowią podstawę do ubiegania się o międzynarodowe programy edukacyjne, takie jak ERASMUS PLUS. W latach 2012/2013 skorzystało z nich osiem osób, w następnych dwóch latach – sto dziewięćdziesiąt cztery, a w tym roku akademickim trzysta jedenaście osób. Nowy projekt, złożony przez Uniwersytet Łódzki do Unii Europejskiej w marcu tego roku, zawiera wniosek o dziewięćdziesiąt nowych miejsc z funduszy programu ERASMUS PLUS. W wyniku podpisanych programów transferowych dwa plus dwa oraz jeden plus trzy z uczelniami chińskim, obecnie trzydzieści siedem osób odbyło lub odbywa studia w pełnym płatnym cyklu na podstawie zawartych umów bilateralnych.

  Dalsze plany umiędzynarodowienia uniwersytetu przewidują, między innymi: kontynuację współpracy z uczelniami europejskimi i pozaeuropejskimi, w tym głównie krajów Unii Europejskiej, ale także Ukrainy, Chin, byłych  republik Związku Radzieckiego, Stanów Zjednoczonych; nawiązanie współpracy z uczelniami państw Ameryki Łacińskiej  (realizacja dwóch projektów programu ERASMUS Mundus Akcja 2; wdrożenie pięć nowych projektów programu ERASMUS Mundus Action 2 we współpracy ze stu szkołami wyższymi Europy Wschodniej i Ameryki Łacińskiej. Poza tym planowana jest kontynuacja programu semestralnej wymiany studentów wynikającego z partnerskich umów bilateralnych Uniwersytetu  Łódzkiego – Moblility Direckt, adresowanego do partnerów spoza Unii Europejskiej; również kontynuacja rekrutacji studentów z Chin w transferach dwa plus dwa i jeden plus trzy; zwiększenie mobilności pracowników i studentów UŁ w programie ERASMUS PLUS i innych.

Zakłada się również dążenie do systematycznej poprawy wskaźnika mobilności studentów i pracowników w tym samym programie – na rzecz wyrównania liczby przyjeżdżających w stosunku do osób wyjeżdżających; poszerzenie i dopracowanie oferty na studia drugiego i trzeciego stopnia oraz na indywidualne przewody doktorskie dla ewentualnych kandydatów z Ameryki Południowej oraz Indii; promowanie oferty edukacyjnej Uniwersytetu Łódzkiego dla cudzoziemców, zwłaszcza studiów drugiego i trzeciego stopnia, adresowanej w szczególności do obywateli Ukrainy, Kazachstanu, Turcji, Indii, Chin, Angoli, Rosji oraz krajów Ameryki Łacińskiej i Azji Mniejszej, na przykład Omanu, jak również kontynuację planów strategicznych dotyczących współpracy z Chinami, a także zamierzeń związanych z akredytowanymi przez Ministerstwo Edukacji Chińskiej Republiki Ludowej wspólnymi programami: dwa plus dwa oraz International College – realizowanego z Zhengzhou University.

Na zakończenie naszej rozmowy pozwolę sobie na taką oto osobistą refleksję: dotychczasowa, związana z początkami uczelni siedziba Rektoratu Uniwersytetu Łódzkiego przy ulicy Narutowicza sześćdziesiąt pięć przechodzi powoli do historii. Jej miejscem stanie się niebawem piękny, zabytkowy, obecnie remontowany i modernizowany, były gmach chemii przy ulicy Narutowicza sześćdziesiąt osiem, który uczelnia otrzymała, podobnie jak i budynek starego rektoratu, w roku 1945. Stanowi to swego rodzaju łącznik między dwiema, nazwijmy je umownie, epokami uczelni, a zrazem symbol nowego, rozpoczynającego się właśnie  siedemdziesięciolecia Uniwersytetu Łódzkiego. Z jakimi oczekiwaniami i nadziejami pan rektor je wita?

   – W budynku przy ulicy Narutowicza sześćdziesiąt osiem, który UŁ otrzymał w 1945 roku mieściła się wcześniej Szkoła Zgromadzenia Kupców. Wkrótce będzie tam rektorat. Nowy jego gmach jest pięknym zabytkowym obiektem, który teraz pod okiem konserwatora zabytków odnawiamy. Po odpowiednim wyposażeniu w meble, sprzęt komputerowy, i tak dalej,  przeniesiemy się do niego po wakacjach. Jest to kolejny zabytkowy budynek, któremu przywracamy dawny blask i który z jednej strony będzie służył  naszemu uniwersytetowi, z drugiej zaś będzie również ozdobą tego fragmentu naszego miasta.

  Przyszłość stawia przed nami poważne wyzwania. Ufam, że sprostamy im dzięki potencjałowi naszej uniwersyteckiej wspólnoty. Zgodnie z planem rozwoju działalności naukowej, zachowując wysoki poziom dydaktyki, Uniwersytet Łódzki powinien stać się uczelnią naukowo-dydaktyczną. Będziemy kontynuowali, z podobną dynamiką, rozwój współpracy z zagranicą w sferze nauki, dydaktyki, kultury i sportu. Intensywnie będziemy też współpracowali z pracodawcami w tworzeniu nowych programów studiów. Poszerzymy naszą ofertę badawczą dla gospodarki. Ostatnio przygotowaliśmy koncepcję szerokiej współpracy z naszymi absolwentami, którzy chętnie włączają się w różne działania na rzecz UŁ. Znakomite rezultaty przyniosła nasza reforma określana mianem decentralizacji; będziemy doskonalili jej mechanizmy.

  Wskazałem jedynie niektóre ważniejsze kierunki działania. Realizacja pełnego programu zapewnić powinna rozwój i umocnić pozycję Uniwersytetu Łódzkiego w Polsce, Europie i na świecie.

Rozmawiał:
Stanisław Bąkowicz