Czapka studencka była czymś honorowym

31-05-2016

O specyfice studiów w Łodzi na przełomie lat czterdziestych i pięćdziesiątych minionego wieku rozmawiamy z prof. ALEKSANDRĄ SKOWROŃSKĄ, absolwentką chemii Uniwersytetu Łódzkiego.


Fot.: OŁ PTChem

Rzadko się zdarza, by ktoś rozpoczynał studia pod koniec pierwszego semestru. W pani przypadku właśnie tak się stało, a wszystko dzięki nauczycielowi ze szkoły średniej…

– Ma pan rację. Chociaż mój ojciec był chemikiem, podobnie jak brat, starszy ode mnie o lat dziesięć, największy wpływ na mój wybór miał jednak Jan Dobrowolski, profesor z gimnazjum i liceum, który wykładał chemię oraz fizykę i robił to naprawdę znakomicie. Przyznaję, że był taki moment, kiedy wahałam się między medycyną a chemią. Wspaniałe wykłady prowadzone przez nauczyciela z gimnazjum i liceum sprawiły jednak, że doszłam do wniosku, iż chemia jest tak cudowną dziedziną, że warto się dalej kształcić w tym kierunku. A początki moich studiów były faktycznie niecodzienne. Do Łodzi, po wysiedleniu w wyniku drugiej wojny światowej, wróciłam bardzo późno, bo dopiero w kwietniu. Od razu dostałam się do gimnazjum przyspieszonego, które było taką zbieraniną różnych ludzi. Maturę zdawałam w grudniu, ale już wcześniej pan Dobrowolski powiedział, że zapisuje mnie na uniwersytet na studia rozpoczynające się w październiku, gdyż tak świetnie daję sobie radę, że na pewno nie zawalę pierwszego roku, rozpoczynając go dopiero w styczniu.

Podejrzewam, że zraz po wojnie chętnych do studiowania pewnie nie brakowało…

– Myślę, że na uniwersytecie znaleźli się wszyscy ludzie bardzo żądni wiedzy po latach okupacji; osoby z różnych środowisk, ale wszyscy pragnący nauki. To były ogromne tłumy, mnóstwo studentów. Uniwersytet miał wtedy bardzo marne możliwości lokalowe, co nie pozostawało bez wpływu na zachowanie studentów. Często przychodziliśmy na wykład nawet o półtorej godziny wcześniej; czyhało się bowiem aby zająć dobre miejsce. Tym bardziej, że nie było wówczas podręczników i wykłady były dla nas bardzo ważne. Pamiętam, że zajęcia z chemii odbywały się w budynku przy ulicy Narutowicza 68, natomiast technologia i niektóre ćwiczenia prowadzone były w Widzewskiej Fabryce Maszyn Włókienniczych Wifama.

Wspomniała pani o licznej grupie studentów. Jak wyglądała rekrutacja kandydatów na uniwersytet?

– Tłumy kandydatów, ubiegających się o indeks, były wówczas wynikiem, między innymi tego, że nie przeprowadzano egzaminów wstępnych. Zresztą myślę, iż słusznie podjęto taką decyzję. Na pewno część osób później odpadła w trakcie studiów, niemniej jednak dano możliwość kształcenia się ludziom, którzy nie mogli przygotować się do egzaminów wstępnych ze względu na okoliczności powojenne. Później egzaminy wstępne miały już sens, ale w tym czasie była to moim zdaniem dobra idea.

Ilu słuchaczy pojawiało się na wykładach?

– Największa aula znajdowała się w gmachu przy ulicy Narutowicza, proszę jednak pamiętać, że wtedy był duży Wydział Matematyczno-Przyrodniczy i wspomniany wcześniej budynek był dzielony przez studentów różnych kierunków. Na parterze i w piwnicach znajdowała się część biologiczna, na pierwszym piętrze była chemia nieorganiczna, na drugim – chemia organiczna. Z kolei trzeci poziom tego gmachu zajmowała chemia fizyczna. Podczas wykładów duża aula była pełna, a nawet i przed nią stali jeszcze studenci. Trudno mi dokładnie ocenić, ale te pierwsze roczniki były naprawdę bardzo liczne.

Jak układały się stosunki na linii studenci – wykładowcy?

– Atmosfera była niezwykle przyjazna ze strony profesorskiej. Pamiętam chociażby profesora Grotowskiego, który w ciekawy sposób prowadził wykłady z fizyki. Jeżeli ktoś miał jakieś pytania, wątpliwości, to zawsze mógł po tym wykładzie z profesorem porozmawiać. Ogólnie uważam, że był bardzo przyjacielski stosunek do studentów, panowała jedność. Ówcześni wykładowcy pewnie sobie zdawali sprawę z tego, że uniwersytet tworzą nie tylko profesorowie i pracownicy naukowi. Pamiętano, że również studenci mają wpływ na uczelnię.

Kogo z profesorów wspomina pani najmilej?

– Super był profesor Zahorski, matematyk, u którego zdawałam egzamin, naprawdę przemiły człowiek. Podobnie jak profesor Grotowski, chociaż znałam go głównie z wykładów. No i profesor Chrząszczewska, organik, Babcia, bo tak ją nazywaliśmy. Niesamowicie serdeczna dla studentów, taka bezpośrednia. Wszystko można było z nią przedyskutować, nawet osobiste sprawy. Zawsze miała dla nas jakąś dobrą radę.

Dużą różnicą w stosunku do obecnych studiów była wówczas też ich organizacja…

– Faktycznie, nie było takiego ścisłego rygoru, że trzeba zaliczyć dany egzamin w konkretnym semestrze. Przykładowo, najpierw uzyskałam zaliczenie z chemii nieorganicznej, dopiero później z fizyki, a na samym końcu z matematyki. Zatem kolejność mogła być swobodnie wybierana. Czasem stawiano też dodatkowe wymagania. Aby dostać się na pierwszą pracownię chemii nieorganicznej, zorganizowano kolokwium konkursowe. Odpowiedzialny za to był doktor Izydor Modrzejewski, który – muszę przyznać – miał wykłady z chemii ogólnej na wysokim poziomie, bo wprowadzał do nich pewne nowinki i w ten sposób bardzo zachęcał. Zdałam u niego egzamin i znalazłam się w pierwszej grupie, która go zaliczyła. Dzięki temu miałam zajęcia ze starszymi studentami z poprzednich lat, tam spotkałam też mojego przyszłego męża.

Powiedziała pani wcześniej, że wiele osób odpadło na studiach w trakcie roku. Dużo czasu trzeba było poświęcić na naukę, by ostatecznie zostać magistrem?

– Na pewno tak. Studia były naprawdę na poziomie. Myślę, że nie stosowano specjalnej taryfy ulgowej. Najbardziej łagodna była profesor Chrząszczewska; jestem pewna, że nawet jak się komuś nie udało zdać u niej egzaminu, ona starała się zakomunikować to bardzo delikatnie. Bardzo ostry na egzaminach był z kolei profesor Michalski. Jak się źle odpowiadało, a zdawało się wówczas we dwójkę, widać było, że jest zdenerwowany i niespecjalnie zadowolony z niepoprawnych odpowiedzi.

Pamięta pani swój najtrudniejszy egzamin na studiach?

– Była to na pewno matematyka. Zawsze wydawało mi się, że nie jestem aż taka dobra z tego przedmiotu, chociaż starałam się, a niektóre działy bardzo lubiłam, na przykład całki. Dostałam ostatecznie dobry stopień z tego zaliczenia, ale to był trudny egzamin. Zresztą mam takie usposobienie, że nie wiadomo jak byłabym przygotowana, to i tak zawsze jestem zdenerwowana…

Jak wspomina pani pisanie pracy magisterskiej i późniejszą jej obronę?

– Jako moją specjalność wybrałam chemię organiczną. Moim promotorem była profesor Anna Chrząszczewska, która w tym czasie zajmowała się własnościami anogenu, a ja miałam opracować jego zastosowanie w analizie. To mi się bardzo podobało. Sam egzamin był przyjemny, w komisji znajdowały się trzy osoby, a moja praca została później wyróżniona przez komisję senacką.

Dotychczas rozmawialiśmy głównie o nauce, ale nie nią samą student żyje...

– Byłam na pierwszym roku, odbył się bal dla studentów. Jeden z moich kolegów, który ze mną sympatyzował, namówił mnie, bym też poszła na tę imprezę. Proszę sobie wyobrazić, że przed godziną jedenastą zjawił się na niej sam rektor Kotarbiński. Była to postać, która skupiała na sobie całą uwagę. Powiedział wówczas tak: – Słuchajcie, musicie mi zaśpiewać hymn akademicki! – I tu nastąpiła zupełna kompromitacja, bo śpiewaliśmy fatalnie, popełniając wiele pomyłek. Po tym wszystkim rektor powiedział : – Moje dzieci, bardzo mnie zmartwiłyście, jak tak można! Jeżeli ktoś studiuje, powinien wcześniej zapoznać się z hymnem i z jego słowami. – Zrobił to wszystko jednak jak kochany ojciec. Wspaniały był ten profesor Kotarbiński…

Zapewne były też okazje innych spotkań w gronie studentów?

– Bardzo wcześnie powstały koła naukowe, w tym koło chemików. To był świetny pomysł. Spotykaliśmy się, toczyły się dyskusje, odbywały się odczyty, pojawiały się nawet wydawnictwa naszego koła. Funkcjonowała też bratnia pomoc. Mieszkałam w Łodzi, ale i mnóstwo studentów zamiejscowych dojeżdżało na uczelnię, bardzo często w trudnych warunkach, więc dla nich podobne jakiekolwiek wsparcie było bardzo ważne. Chociażby obiad w stołówce Gęsie Pióro przy Piotrkowskiej. Potrzebujący mogli otrzymać też odzież. Organizowane były także specjalne obozy studenckie.

Sama byłam na dwóch takich obozach, wszystko przygotowywali sami studenci. Była to swego rodzaju śmietanka intelektualna. Spotykaliśmy tam żaków z innych ośrodków, na przykład. z Warszawy. Organizowaliśmy wieczorki, ogniska; śpiewało się, opowiadało różne przygody życiowe. Nie wszystko odbywało się jednak bez problemów.

Co ma pani na myśli?

– Na pierwszym moim obozie w Poroninie była jeszcze większa swoboda polityczna, ale już pod koniec turnusu zjawili się pewni osobnicy… Komendantem obozu był wtedy mój mąż, a myśmy mieli taki zwyczaj, że każdego wieczoru śpiewaliśmy Wszystkie nasze dzienne sprawy, co nie wszystkim się spodobało. Pewnego razu przyjechał pan – wszyscy wiedzieli, że ma ze sobą pistolet – i powiedział do mojego męża, że w żadnym wypadku nie można nam dalej tego śpiewać. Małżonek odparł jednak, że on nam tego na pewno nie zabroni. Później został pozbawiony stanowiska komendanta... Na tych pierwszych obozach było jeszcze trochę lepiej, ale później, począwszy od roku 1952 zaczął się terror, najgorszy okres stalinowski. Już następny obóz to było coś strasznego, nawet jak się tańczyło, to patrzyli, żeby się trzymać w odpowiedni sposób…

W kręgach studenckich obowiązywała wówczas jakaś moda, kanon ubierania się?

– Proszę pana, gdy po wojnie jak wróciliśmy do łódzkiego mieszkania, nic w nie zastaliśmy. Moja matka pożyczała od znajomych poszewki i z nich mi  szyła mi ubrania. Miałam jedną spódniczkę, jedną bluzkę, jeden płaszczyk i to było wszystko! Z tego powodu o strojach trudno coś konkretnego powiedzieć.

Studentów wyróżniło jednak z tłumu charakterystyczne nakrycie głowy.

– Faktycznie, czapka studencka była po prostu czymś honorowym; część słuchaczy szkół wyższych uważała wówczas, że przynależąc do grupy studenckiej, znajduje się w sytuacji uprzywilejowanej i starała się to podkreślać, właśnie nakryciem głowy. Wszak uniwersytet był instytucją, którą się trzeba było szczycić, a nie jej wstydzić!

Rozmawiał: Bartosz Burski