I stała się pustka!

31-05-2016

Odszedł Profesor Stanisław Liszewski, Mój Nauczyciel, Mistrz i Przyjaciel. Człowiek wielkiego serca, niesłychanie życzliwy, pełen optymizmu, pogody serca i życzliwości dla innych. Nigdy nie zawiódł w potrzebie, zawsze miał dla nas czas, służył wsparciem i pomocą. Wszystkich traktował z wielkim szacunkiem, a co najważniejsze umiał słuchać, zaś w kłopotliwych i trudnych sytuacjach zawsze miał dobre słowo, próbował znaleźć rozwiązanie, ale nie narzucał swojego zdania, starał się wskazać sposób wyjścia z impasu. Zmarł 23 kwietnia.


Fot.: archiwum IGMiT UŁ

Profesora spotkałam po raz pierwszy w roku 1977, kiedy rozpoczęłam uniwersyteckie studia na geografii, a gros zajęć mieliśmy w gmachu przy al. Kościuszki, w sali, obok której Pan Profesor dzielił wówczas swój gabinet ze śp. Elżbietą Dziegieć, również naszą Profesor na geografii. Wychodząc z niego zawsze się kłaniał, pozdrawiał i przepuszczał przed sobą studentów, co wzbudzało nie tylko moje zainteresowanie. Natomiast w semestrze zimowym roku akademickiego 1977/1978, jako adiunkt prowadził dla nas wykłady z geografii osadnictwa i zaludnienia. Były to pierwsze zajęcia, podczas których pracownik akademicki z nami – studentami II roku rozmawiał. Przede wszystkim jednak były to wykłady niesłychanie uporządkowane, interesujące.

Zarówno ja, jak o moi koledzy, nie opuściliśmy żadnego. Sala wykładowa zawsze była wypełniona. Już rok później uczęszczałam na seminarium magisterskie prowadzone przez Profesora. To była niesłychana przyjemność. Najpierw poznał nasze zainteresowania, miejsce zamieszkania, a potem każdemu zaproponował dwa tematy pracy magisterskiej. Ponieważ mieliśmy prawo wyboru, realizowaliśmy swoje prace z wielką pasją, którą umiejętnie Profesor podsycał, a dodam, że wszystkie tematy były nowatorskie i inspirujące. Jego zaangażowanie w prowadzenie prac magisterskich było ogromne. Kiedyś, np. zamówił uniwersytecką nyskę, którą objechaliśmy tereny swoich badań. Było dla nas niezwykle nobilitujące, że samodzielny pracownik naukowy, wówczas doktor habilitowany, jeździł z nami i dyskutował o naszych pracach. Wyjazd ten bardzo wzmocnił naszą grupę seminaryjną, bo miło spędzając czas, dużo się od Szefa nauczyliśmy, nie tylko obserwacji terenu, ale jego zagospodarowania i historii.

Pod koniec czwartego roku, w czerwcu 1980 Profesor zapytał mnie czy nie byłabym zainteresowana pracą na uczelni, ponieważ będzie nadzorował duży problem badawczy i na jego realizację otrzyma etat. Pracę na tym etacie (geografa do badań) podjęłam 1 sierpnia 1980 r. Niebawem, bo 7 października tego samego roku obroniłam pracę magisterską. I tak oto rozpoczęła się moja współpraca z Szefem. Pierwsze dni były trudne, nie potrafiłam pisać na maszynie, a przygotowanie pisma do rektora UŁ, zakończyło się tym, że przepisał je Profesor. Potem było już wszystko dobrze i sądzę, że Szef był ze mnie zadowolony.

Profesor kierował wówczas największym projektem naukowo-badawczym na Uniwersytecie Łódzkim, problemem węzłowym pt. Zmiany w środowisku w rejonie Bełchatowskiego Okręgu Przemysłowego, w którym obok UŁ uczestniczyły także: Politechnika Łódzka, Akademia Medyczna, Wojskowa Akademia Medyczna, Instytut Medycyny Pracy oraz ośrodki badawczo-rozwojowe. Byłam Jego sekretarzem. Codzienna praca bardzo nas do siebie zbliżyła, pozwoliła mi nauczyć się od tego wybitnego geografa warsztatu pracy, a czerpałam z wiedzy Szefa całymi garściami.

Profesor realizował także problemy międzyresortowe koordynowane przez Instytut Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, Komitet Badań Naukowych oraz Instytut Turystyki, w których pracach uczestniczyłam. Był Profesor doskonałym organizatorem, badaczem, a przygotowane przez Niego syntezy należały do najlepszych w Polsce. Napawało mnie niesłychaną dumną, jak na spotkaniach w ministerstwach, instytutach naukowych zawsze wyróżniano i chwalono koordynowane przez Szefa prace, witano Go z wielką serdecznością i szacunkiem.

Dzięki intensywnej współpracy z ośrodkami naukowymi w Polsce, Profesor doskonale znał środowisko geografów, a był przy tym Osobą wyróżniającą się. Myślę, że niewiele osób pamięta, że obecny kształt, dużego województwa łódzkiego zawdzięczamy Profesorowi S. Liszewskiemu, a także profesorom: M. Koterowi i A. Suliborskiemu. Warto przy tej okazji nadmienić, że w kierowanych przez Profesora projektach uczestniczyło zawsze wielu badaczy, wymagały one od Szefa ogromnej pracy, a On nigdy nie uczestniczył w apanażach finansowych. Był zdania, że inni są w trudniejszej sytuacji i im należą się gratyfikacje. Sobie nie wypłacił nawet przysłowiowej złotówki.

Pełniąc funkcje dziekana Wydziału Biologii i Nauk o Ziemi UŁ, a później prorektora i rektora UŁ zawsze pozostawał czynnym dydaktykiem. Poza wykładami i seminariami, uczestniczył w ćwiczeniach terenowych ze studentami, co należy uznać za ewenement w skali Polski. Nie znam przypadku, w którym rektor uczelni pracuje ze studentami w terenie. Profesor był zdania, że geografii należy uczyć siebie i innych tylko w ten sposób. Wspólne wyjazdy na ćwiczenia pozostały w sercach zarówno pracowników, jak i studentów. Zapamiętano Szefa nie tylko jako dziekana, rektora, ale przede wszystkim jako Osobę, którą wszyscy darzyli ogromnym szacunkiem i uznaniem, a jednocześnie mieli zaszczyt prowadzenia wspólnych wieczornych dyskusji (rozliczenie pracy w terenie) i wspólnych zabaw.

Profesor, który na co dzień zawsze był bardzo elegancki; biała koszula, dobrze do pory dnia dobrany garnitur i krawat, w terenie był jednym z nas, pracowników i studentów, ale jednocześnie był jedynym, przed którym wszyscy czuli niesłychany respekt. Pamiętam jak podczas ćwiczeń na Suwalszczyźnie, biegliśmy na wyścigi do studentów i zwyciężył oczywiście Profesor, który był wtedy znakomicie wysportowany, miał świetną kondycję i bardzo nam tym imponował. Zawsze był najlepszy, a Jego spostrzegawczość i błyskotliwość umysłu nie miały sobie równych. Często na ćwiczenia terenowe zabierałam córkę Izabelę. Szef przyjeżdżał po nas wtedy czarną wołgą (samochód rektorski) z panem Robertem, kierowcą. Iza wielbiła Profesora, z którym pozostawała zawsze w stałym kontakcie, często odwiedzała. Jak już była na studiach, tradycyjnie składała Profesorowi wizyty, który nadal traktował ją jak małe dziecko. Dziwił się, że nie chce już wziąć bułeczek w dwie rączki. No cóż, czas biegł szybko. Jak Iza chodziła do liceum, często na Wólczańskiej spotykała Profesora wysiadającego z samochodu, w czarnym płaszczu i czarnym kapeluszu, nawet sobie żartowała, że też chce być rektorem i mieć taki elegancki strój, co bardzo Szefa bawiło.

W organizacji ćwiczeń terenowych, w których uczestniczyli koledzy i studenci z Uniwersytetu w Angers pomagała nam małżonka Profesora; użyczała nie tylko swojego samochodu, ale pomagała też zdobyć aprowizację. Sama wypiekała wyśmienite bułeczki, serniki. Jej pomoc w latach osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych minionego wieku była nieoceniona, zawsze mogliśmy na nią liczyć. Pani Alicja, urocza i niezwykle serdeczna, była naszym dobrym duszkiem. Dyskretnie i niezwykle taktownie doradzała nam jak, i co mamy zorganizować na ćwiczeniach. Zawsze z okazji imienin i urodzin Szefa, czy też innych uroczystości przywoziła upieczony przez siebie sernik, którego smak zna wiele osób.

Profesor był doskonale zorganizowany, miał dwa światy. Jednym była rodzina, drugim praca naukowa, dydaktyczna i społeczna. Dzielił czas sprawiedliwie, połowa dla rodziny i połowa dla nas, dla pracy na rzecz uniwersytetu, Łódzkiego Towarzystwa Naukowego. Kalendarz miał wypełniony od ósmej do osiemnastej. Był bardzo dumny z rodziny. Często przy herbatce opowiadał o żywych, wieczornych dyskusjach z córką Agnieszką i  jej mężem Wojtkiem, prawnikami. Imponowało Mu, jak zawsze bronią swojego stanowiska i stoją za sobą murem, nawet wtedy gdy nie mają racji. Druga córka, Anna, pianistka – jak podkreślał – to artystyczna i wrażliwa dusza; osiągnęła to czego On by w życiu nie osiągnął. Czasami złośliwie podkreślał, że realizuje marzenia Jego żony. Podziwiał zawsze zorganizowanie i styl pracy Ani, jej talent, pasje artystyczne. Często przyznawał, że może tak pracować dzięki swojej żonie, które przejęła obowiązki domowe, zawsze Go wspierała i chętnie towarzyszyła pomagając w rożnych przedsięwzięciach. Bez niej nie mógłby tyle osiągnąć.

Profesor Stanisław Liszewski był człowiekiem stanowczym, wymagającym od siebie i innych, a co jest rzadko spotykane, więcej dającym innym. Konsekwentnie dążył do postawionych celów i od nas też tego wymagał, za co jesteśmy Mu bardzo wdzięczni. Bardzo wnikliwie czytał nasze prace doktorskie, habilitacyjne, zwracając uwagę na rzeczy dyskusyjne, lub te, które wymagają dopracowania. Tradycją było, że prace doktorskie oddawał nam u siebie w domu. Najpierw zapraszał na dyskusję do swojego gabinetu na drugim piętrze, a potem na wspólną, rodzinną kolację. To były niezapomniane chwile.. Myśmy znali ten zwyczaj, natomiast dla kolegów z innych ośrodków geograficznych w Polsce i z zagranicy, którzy przygotowywali doktoraty pod kierunkiem Profesora, było to ogromne zaskoczenie i wyróżnienie, co zresztą wspominają do dziś.

Sześć lat temu odbył się jubileusz siedemdziesięciolecia Jego urodzin. Oficjalne uroczystości z udziałem kolegów z ośrodków geograficznych całej Polski odbyły się w Pałacu Biedermanna z udziałem prof. Włodzimierza Nykiela, rektora UŁ. Natomiast wieczorem Profesor zaprosił swoich gości, w tym władze miasta, województwa i kurii biskupiej do Pałacu Poznańskiego. W tej uroczystości uczestniczyło ponad trzysta osób. Poza wygłoszonymi laudacjami i życzeniami, wykład nt. Kobiety mojego życia wygłosił sam Jubilat. Ten dowcipnie zaprezentowany monolog, spełniał wymogi stawiane wykładom akademickim; plan, założenia, cel i umożliwił mniej znającym Go prywatnie poznać Jego pogodę ducha, wysublimowany dowcip.

Bez wątpienia należy Profesor do grona najwybitniejszych naukowców, jest twórcą łódzkiej szkoły geografii miast i geografii turyzmu, autorem kilkuset publikacji naukowych, wychowawcą wielu pokoleń geografów, promotorem dwudziestu ośmiu28 doktoratów i ponad czterystu prac magisterskich, dwudziestu jeden recenzji prac doktorskich, dziewięciu recenzji prac habilitacyjnych i dorobku naukowego, siedemnastu w postępowaniu w przewodach o tytuł profesorski. Zainteresowanym Jego dorobkiem naukowym, dydaktycznym i społecznym polecam opracowanie Profesor Stanisław Liszewski, wydane przez ŁTN w cyklu Sylwetki Łódzkich Uczonych. Mimo ogromnego dorobku naukowego, organizacyjnego i społecznego, ma jeszcze inny dorobek, taki który nie zawsze mają profesorowie: szacunek, uznanie, poważanie i wielką sympatię uczniów, pracowników i wszystkich, którzy mieli przyjemność Go znać, z Nim przebywać.

Potwierdziły to 29 kwietnia uroczystości pogrzebowe, w których uczestniczyli geografowie z wielu naukowych ośrodków w Polsce, w tym delegacje z: Instytutu Geografii i Przestrzennego Zagospodarowania PAN, Uniwersytetu Jagiellońskiego, Akademii Wychowania Fizycznego w Krakowie, Uniwersytetu Pedagogicznego w Krakowie, Wydziału Geografii i Studiów Regionalnych Uniwersytetu Warszawskiego Uniwersytetu Ekonomicznego i Uniwersytetu Adama Mickiewicza w Poznaniu, Uniwersytetu Mikołaja Kopernika, Uniwersytetu Śląskiego, Uniwersytetu Wrocławskiego i jego Filii w Jelenie Górze, Uniwersytetu Lubelskiego, Uniwersytetu Szczecińskiego, Akademii Pomorskiej w Słupsku, Wyższej Szkoły Gospodarki w Bydgoszczy oraz prof. René Matlovič, rektor uniwersytetu w Preszowie na Słowacji; uczelni, która w roku 2012 nadała Profesorowi Liszewskiemu tytuł doktora honoris causa.

Jako łodzianin, znaczący dorobek wniósł w badania swojego miasta, z którym był bardzo związany od zawsze. Był inicjatorem i redaktorem naczelnym Atlasu Miasta Łodzi (2002) oraz Łódź. Monografia miasta (2009), która została wydana także w języku angielskim. Za jego kadencji rektorskiej doszło do rozbudowy kampusu uniwersyteckiego. Ten niesłychanie skromny Człowiek za życia wystawił sobie w  Łodzi pomniki: publikacje jej poświęcone i obiekty uniwersyteckie. Na pięć dni przed śmiercią, w czasie ostatniej długiej rozmowy powiedział mi, że wraca do intensywnej pracy naukowej, że ma już w głowie koncepcję na artykuł o przestrzeni asymilacji, której jeszcze nie dopracował. Niestety teraz sam jest jej uczestnikiem, ale już w wyższym, może niebiańskim świecie.

Powiedział poeta:

Podobno ci umarli,
Choć nie wiadomo, co to właściwie znaczy, wciąż są
obok nas, uczestniczą, obcują (tak, drugie orzeczenie zdaje się celniejsze).
I są święcie przekonani, że wciąż żyją.
Czy życie ich śni, czy oni śnią życie?

(Elżbieta Musiał, Ars moriendi, czyli poradnik czynności nieużytecznych, poemat).

Kochany Profesorze, zawsze będziesz w moim życiu i moim śnie.

Anita Wolaniuk