Wielki wyścig wiedzy

02-03-2016

Nieustannie walczyliśmy o coś, co było wówczas potrzebne w kraju. Mieliśmy poczucie, że powierzono nam ważny los państwa – wspomina studenckie czasy MICHAŁ URBAN, absolwent kierunku chemia na Uniwersytecie Łódzkim, który miał znaczący wpływ na rozwój kinematografii w powojennej Polsce.


Fot. Bartosz Burski

Pana historia i okoliczności, w jakich znalazł się pan w Łodzi i później na tutejszym uniwersytecie, są dość nietypowe. Wszystko rozpoczęło się od wojska…

– Faktycznie, pochodzę z Janowa Lubelskiego, a do Łodzi przybyłem bezpośrednio po zakończeniu służby wojskowej. W sierpniu 1944 roku, z chwilą wkroczenia Wojska Polskiego na tereny Lubelszczyzny, wstąpiłem w jego szeregi, a opuściłem je w roku 1947, w stopniu podporucznika. W Oficerskiej Szkole Medycznej w Łodzi byłem dowódcą plutonu podchorążych i wykładowcą wyszkolenia bojowego. Rok później uzyskałem maturę w łódzkim Liceum Matematyczno-Fizycznym i po zdaniu egzaminów wstępnych rozpocząłem studia na Uniwersytecie Łódzkim na kierunku chemia.

Jak wyglądały wówczas takie egzaminy?

– Była część pisemna i ustna. Początkowo chciałem pójść na medycynę, ale się nie dostałem. Tak się złożyło, że musiałem pojawić się w domu, w Janowie Lubelskiem, gdyż zmarł mi ojciec. Gdy wróciłem do Łodzi, dowiedziałem się, że nie będzie już dalszych egzaminów na ten kierunek. Pozostały mi natomiast jeszcze dwa dni do przygotowania się do egzaminu wstępnego z chemii. Ponieważ starając się na medycynę uczyłem się również tego przedmiotu, wiedziałem już pewne rzeczy, które były przydatne również przy sprawdzianie na chemię. Ostatecznie przystąpiłem do egzaminu i… zdałem. Kolega, który pracował w sekretariacie uczelni, pochwalił mnie nawet później: Ty to naprawdę bardzo dobrze napisałeś. Akurat tak dość dobrze się przygotowałem, wybrałem odpowiedni temat i dostałem się na uniwersytet.

Ze względu na pana związek z wojskiem, studia rozpoczął pan dopiero w wieku dwudziestu pięciu lat. Podejrzewam zatem, że była spora różnica wieku między panem, a innymi studentami?

– Chyba nie byłem jedną z najstarszych osób, chociaż faktycznie niektórzy byli parę lat młodsi ode mnie, ale zdarzali się też starsi. Potem trochę ograniczono tę różnorodność wiekową. Przyszło polecenie z ministerstwa, że kto nie ma zdanej odpowiedniej liczby egzaminów, ten zostaje wyrzucony. A swoją drogą należy pamiętać, że studia trwały wówczas cztery lata, czyli rok krócej niż obecnie.

Potrafi pan wymienić nazwiska profesorów, którzy wywarli na panu największe wrażenia, wykładowców, od których się pan najwięcej nauczył?

– Wydaje mi się, że jeśli chodzi o chemię, to najlepszy był profesor Modrzejewski, jego wykłady były bardzo interesujące. Wykładał nowoczesną teorię budowy atomu oraz informował nas o aktualnych osiągnięciach nauki w dziedzinie chemii, fizyki i techniki. Krytycznie ocenił wybuch bomby atomowej i jej skutki dla ludzkości. Amatorsko interesował się również fotografią. Drugi wykładowca, którego dobrze wspominam, to profesor Michalski, były carski oficer, doskonały analityk, bardzo dobry organizator pracowni chemii. Między nimi dwoma była taka mała rywalizacja. Profesor Michalski mówił czasem do studentów: Co was ten Modrzejewski nauczył, chyba tylko ganiać elektrony po orbitach! Najlepiej wspominam jednak Babcię Chrząszczewską. Kiedy pisałem pracę magisterską na temat tworzenia barwnych obrazów, zrobiłem jej wnuczkowi kolorowe zdjęcie. Bardzo się ucieszyła z tej fotografii! Gdy broniłem pracę, małżonek Babci, profesor chemii, zadał mi jakieś takie dziwne pytanie, a ona od razu zareagowała. Przestań, już go nie męcz, widzisz, że student doskonale orientuje się w temacie. A on na to: No tak, dobrze kombinuje. Była naprawdę taka nasza kochana babcia!

Wspomniał pan o magisterce. Jak wówczas wyglądało jej przygotowanie i późniejsza obrona?

– Muszę przyznać, że nie miałem z nią żadnych trudności. Pracę magisterską pisałem pracując równocześnie w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej. Miałem tam wszystko – własne laboratorium, urządzenia, chemikalia. Mogłem też liczyć na pomoc rodziny. Moja żona bardzo dobrze pisała na maszynie. To było duże ułatwienie. Przygotowywałem sobie wszystko najpierw na brudno, później czytałem, a ona to przepisywała. Trwało to kilka tygodni, bo praca liczyła kilkadziesiąt stron.

Co sprawiało najwięcej trudności słuchaczom chemii w okresie pańskich studiów?

– Mój kierunek studiowało około dwudziestu osób. Magistrami zostało jednak kilkunastu z nas. Trzeba pamiętać, że w gronie studentów były takie osoby, które nie miały matury, ale ukończoną tak zwaną dziesięciolatkę i dlatego zostały przyjęte na studia. Choć również trochę dzięki temu, że miały poparcie partii. Im na studiach było trudno. Tacy słuchacze albo w ogóle ich nie kończyli, bo rezygnowali w trakcie, albo też zostawali inżynierami ruchu, bez stopnia magistra. Warto zaznaczyć, że bardzo trudno było dostać się do pracowni analitycznej, zwłaszcza że profesor Modrzejewski pytał również z nowoczesnych osiągnięć chemii fizycznej. Ci, którzy byli na trzecim roku, nawet trzy lata z rzędu podchodzili do tego egzaminu, bo ciągle nie mieli wystarczająco dużej wiedzy, by go zdać. A przede wszystkim nie mieli zaliczonych żadnych pracowni fizycznych, chemicznych i innych.

Wiedza studentów zapewne była też sprawdzana podczas regularnych kolokwiów?

– Rzeczywiście, były one dość częste. Dostawaliśmy tematy od starszych asystentów czy adiunktów i trzeba było opracować dane zagadnienie. Słabsi studenci przy tym odpadli, więc to też była kolejna przyczyna małej liczby magistrów. Należy jednak podkreślić, że ci, którzy kończyli studia, byli naprawdę dobrzy.

Dużo czasu zajmowała nauka do poszczególnych egzaminów?

– Wiele zależało od charakteru danego studenta. Gdy ktoś był leniwy, liczył głównie na szczęście. Jeżeli chodzi o moje przygotowanie do egzaminu, zawsze byłem w tej kwestii staranny. W pewnym momencie trzeba było po prostu mocniej przysiąść nad skryptami.

Podejrzewam, że ma pan jednak w pamięci jakiś egzamin, który przysporzył panu najwięcej kłopotów.

– Pamiętam incydent podczas sprawdzianu z matematyki. Wszyscy bali się profesora Janowskiego. Na egzamin u niego troszeczkę się spóźniłem. Profesor , otworzył drzwi sali, w której egzaminował i mówi: Pan tu jest spóźniony niczym pasażer na pociąg, który odjechał. W tym momencie chciał zatrzasnąć mi drzwi przed nosem. Zanim się jednak zdążył zorientować, podłożyłem pod nie nogę uniemożliwiając zamknięcie. Profesor wtedy na mnie spojrzał, a ja na niego. Przez moment staliśmy w bezruchu. Ostatecznie wpuścił mnie do sali. Później dał mi temat, popatrzył i poprosił o indeks. Nie wpisał mi wprawdzie oceny bardzo dobrej, ale egzamin zaliczył. Był już taki moment, że ci koledzy, którzy byli na sali, machali do mnie ręką, bym odpuścił i sobie poszedł, bo ten Janowski to taki straszny nerwus. Najwyraźniej coś mu się we mnie spodobało, może odwaga czy taka moja mała bezczelność?

Był jeszcze jakiś inny egzamin, któremu towarzyszyły takie niecodzienne okoliczności?

– Ciekawa historia zdarzyła się też podczas egzaminu u wspomnianego wcześniej profesora Michalskiego, byłego carskiego oficera. Podczas mojej odpowiedzi zauważył, że na mundurze, w który byłem akurat ubrany, znajdowały się kiedyś gwiazdki, wtedy już mocno wyblakłe ze starości. Kiedy więc odpowiadałem na jego pytania, on tylko z sympatią kiwał głową. Widać było, że mu się podobało, że  też jestem wojskowy, niezależnie od tego, iż byłem polskim oficerem, a on carskim.

Jak organizacyjnie funkcjonował wtedy uniwersytet?

– Wszystko było bardzo dobrze zorganizowane. Można powiedzieć, że panował swoisty entuzjazm, że taka uczelnia została uruchomiona. Uniwersytet Łódzki bardzo dobrze prezentował się jeśli chodzi o obsadę profesorów i asystentów. Byli. Między innymi, byli profesorowie ze Lwowa i Wilna. Panowała bardzo miła atmosfera, koleżeństwo, życzliwość ze strony wszystkich. Właśnie dlatego niezwykle miło wspominam moje studia. Wykłady odbywały się w dużej auli, a zajęcia analityczne w poszczególnych pracowniach. Ich wyposażenie było na całkiem niezłym poziomie. Swoją drogą, gdy porównuję; wtedy był po prostu jeden wielki wyścig wiedzy, walka o coś, co było wówczas potrzebne w Polsce.Teraz tego niestety nie ma. W tamtych czasach były chociażby takie kierunki jak racjonalizacja, pojawiały się nowe wynalazki, każdy student chciał, żeby wszystko jak najlepiej wyszło.

Studenci czuli się wyjątkową grupą w stosunku do pozostałych młodych ludzi, z racji tego, że studiowali?

– Myślę, że nie mieli czasu nad tym się zastanawiać. To był wyścig nauki, ruchy racjonalizatorskie w zakładach pracy stanowiły wspaniałą sprawę. Z drugiej strony, może ma pan trochę racji, studenci czuli się rzeczywiście potrzebni, mieli poczucie, że powierzono im coś ważnego. Nie tylko dla nich, ale i całego państwa.

Wspomniał pan o tym, że pochodzi z Lubelszczyzny. Musiał więc pan znaleźć w Łodzi jakiś kąt do mieszkania?

– Pod tym względem miałem akurat dużo łatwiej niż inni studenci zamiejscowi. Dzięki temu, że byłem wojskowym kombatantem w stopniu podporucznika, dostałem mieszkanie w domu dla oficerów przy Piotrkowskiej 3.

I w ten sposób przeszliśmy do kwestii związanych z pana pracą. Był pan jedną z tych osób, które oprócz studiowania poświęcały się również działalności zawodowej, co zaowocowało późniejszą karierą…

– Ma pan rację, już w czasie studiów rozpocząłem pracę jako asystent w Katedrze Fotochemii w Państwowej Wyższej Szkole Filmowej w Łodzi. Kontynuowałem ją  aż do roku 1956, czyli jeszcze kilka lat po ukończeniu uniwersytetu. Równocześnie od 1953 do 1958 roku byłem kierownikiem Wydziału Produkcji Kopii Filmów Barwnych w Łódzkich Zakładach Wytwórczych Kopii Filmowych. Polska kinematografia przygotowywała się wówczas do tego, by uruchomić produkcję filmów kolorowych (dotychczas były tylko czarno-białe) i szukano właściwego fachowca. Najpierw chciano sprowadzić go z zagranicy. I owszem, zgodził się, ale za bardzo duże pieniądze. Wobec tego ministerstwo napisało list do PWSF, kogo by poleciła. Profesor Wolf, z którym współpracowałem od kilku lat, wskazał właśnie mnie, rekomendując, że jestem jedynym fachowcem z Polski, który może się takiej rzeczy podjąć. Z kolei w roku 1959 zostałem oddelegowany przez Ministerstwo Kultury i Sztuki do Wytwórni Filmów Fabularnych w Łodzi, aby opracować i wykonać dla Rady Państwa trzy kopie barwne filmu Krzyżacy w nowej technologii na taśmie Eastmancolor z okazji rocznicy zwycięstwa w bitwie pod Grunwaldem. Jak widać, po studiach moja kariera zawodowa nabrała rozpędu…

Przy tylu obowiązkach znajdował pan czas na odpoczynek i realizację jakiekolwiek osobistych zainteresowań związanych choćby ze środowiskiem akademickim?

– Szczerze mówiąc, nie wiem, jak studenci spędzali wówczas czas wolny. Wiem, jak ja spędzałem, po prostu go nie miałem! Było mnóstwo roboty, zresztą po studiach wcale nie miałem łatwiej. Bycie kierownikiem produkcji takiego laboratorium kolorowego to straszliwa odpowiedzialność. W jednym momencie można było zaprzepaścić tysiące złotych. Jeśliby ktoś coś źle zrobił albo nieopatrznie przerwał jakiś proces wytwórczy, mogłyby powstać ogromne straty. Jak robiłem kopie Krzyżaków, dzień i noc nad nimi pracowałem. Zdradzę nawet taką ciekawostkę. Kiedy przyszło do mnie pismo z wojska, że jako rezerwista mam iść na manewry, moi przełożeni napisali list do ministerstwa, by mnie z tego obowiązku zwolnić, bo jestem niezastąpioną osobą.

W pewnym momencie miałem jednak Krzyżaków dość. Pewnego dnia poszedłem więc do wojskiej komendy rejonowej i powiedziałem, że chcę jednak iść na ćwiczenia wojskowe. A tam ludzie się zdziwili: Jak to? Wszyscy się od tego wymigują, a pan przyszedł, żeby dobrowolnie pójść do wojska. Odpowiedziałem, że chcę iść na ćwiczenia, by trochę odpocząć. Powtórnie się więc zdziwili: I nie boi się pan takich trudów? Odparłem jednak: Nie, ja tam wypocznę, bo mam już dość tych nerwów.

Na ile umiejętności zdobyte podczas studiów przydały się panu później w  pracy?

– Z wykształcenia byłem chemikiem, a to, czym się w późniejszej pracy zajmowałem, to była przecież fotochemia. Pisałem zresztą pracę magisterską z filmu barwnego. Podczas studiów nabyłem doświadczenie, interesowała mnie literatura, zorganizowałem zespół studencki – kółko fotografii barwnej. To tam robiłem próby, eksperymenty, rozbudowywałem nabytą teorię. Sądzę, że to właśnie dzięki zajęciom na uniwersytecie wiele rzeczy weszło mi w krew. Studia to był taki głód nauki, później tak to już pozostało i dzięki temu możliwe były wszystkie moje osiągnięcia. Myślę zresztą, że Uniwersytet Łódzki też może być dumny, że jego absolwent jako pierwszy w Polsce utworzył wytwórnię kopii filmów kolorowych, a za zorganizowanie i uruchomienie ich produkcji Rada Państwa przyznała mi Srebrny Krzyż Zasługi. A wszystko działo się tutaj, w Łodzi…

Rozmawiał: Bartosz Burski